NIEDOPATRZENIE #5: Blues Brothers

Piąty odcinek NIEDOPATRZENIA to wręcz mały jubileusz, dlatego wybraliśmy film znany, głośny i kultowy, czyli Blues Brothers Johna Landisa z 1980 roku. Jak dotąd częściej zgadzaliśmy się niż różniliśmy, ale tym razem dystans pomiędzy moim i Maćka odbiorem tej muzycznej komedii jest spory. Zapraszamy do lektury!

Maciek: Rozumiem kultowy status i sympatię, jaką cieszy się Blues Brothers, ale chyba przeszedłem obok tego filmu.

Dawid: To jest taki trochę film-happening, forma ekspresji pewnego artystycznego i kulturowego szaleństwa, które bardzo dobrze się ogląda, ale które dziś w sumie niewiele znaczy. Myślisz, że wtedy, u zarania lat 80., tak radośnie rozpasany film znaczył więcej?

Maciek: Myślę, że tak. Coś sprawiło, że zapisał się w historii kina. I ja rozumiem bluesową otoczkę, bardzo charakterystyczne wizerunki bohaterów, muzyczne gwiazdy w obsadzie, ale nie widzę w tym „filmu”. Raczej jakiś eksperyment. Eksperyment zrobiony za duże pieniądze. Choć chyba to ja jestem nieczuły. Te wszystkie elementy mają w sobie nośność i mogą przyciągać uwagę.

Blues Brothers

Dawid: Tak, ale przez cały czas nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że tam nie ma historii. To znaczy jest – bracia Bluesowie zbierają pieniądze na uratowanie sierocińca, w którym się wychowali – ale ona się nie rozwija, całość fabuły to splot kreskówkowych gagów i widowiskowych sekwencji. A jednak, cholera jasna, imponuje mi to!

Maciek: Właśnie: brakuje odrobinę większej opowieści. Jest za to nadmiar gagów rodem z Looney Tunes. I tak, znam bardzo dobrze cel tego wszystkiego, a jednak mam problem ze środkami, których użyto, by go osiągnąć. Pościgi, śpiewanie, sytuacyjne żarty. Nie widziałem w tym selekcji. Zapewne wszystko, co udało się wymyślić, zostało wykorzystane i ułożone w jakiejś kolejności. A ile ten film trwa! Dobrze ponad 2 godziny. Czy było tam na tyle fabularnego materiału?

Dawid: Absolutnie nie. Fabuła jest tu tylko pretekstem. Chodzi o muzyczny odlot, o poddanie się pędowi akcji napędzanej bluesową energią. Blues Brothers to film, który z powodzeniem można włączyć na imprezie, gdzieś w tle podczas posiadówy z przyjaciółmi i co jakiś czas zerkać, mówiąc: o, zobaczcie, to jest dobra scena! Bo takich dobrych scen jest tu sporo, choć każda z nich stanowi raczej o sobie niż jest częścią jakiejś fabularnej sekwencji.

Maciek: Blues Brothers ewidentnie mają strukturalne problemy, ale chyba też chyba dla nikogo nie było priorytetem, by w bardziej zdyscyplinowany sposób go ułożyć. Na pewno o pomoc nie prosili pojawiającego się w epizodzie Stevena Spielberga. Uważam, że Blues Brothers jest rozlazłe. Ma kilka ładnych scen (to mistyczne wyjście przez więzienną bramę!). I tak, może jest to film na imprezę, by leciał sobie w tle, ale czy o to rzeczywiście chodzi? Czy na przykład zachęcił Cię, by lepiej poznać bluesowe środowisko?

Dawid: Strukturalne problemy, ha! Chyba za poważnie do tego podchodzisz, Maćku. Wydaje mi się, że Landis i spółka postanowili zrobić film i dobrze się przy tym zabawić, nie myśląc specjalnie o prawidłach procesu kinematograficznego. Bardziej chodziło o sproszenie na plan świetnych muzyków – tak, zachęciło mnie do sprawdzenia ich życiorysów i dorobku! – i popularnych wówczas aktorów (Carrie Fisher!) i zorganizowanie trochę filmowej zabawy. Naprawdę, sądzę, że nie chodziło o nic więcej. Landis, Aykroyd, Belushi i Spielberg zmówili się na planie 1941 i stwierdzili: hej, może byśmy tak zrobili film po prostu dla zabawy i zaprosili trochę fajnych osób? Odpowiedź brzmiała: czemu nie?

Carrie Fisher

Maciek: I może dlatego niewiele więcej w tym filmie jest, dlatego tak obojętnie go odebrałem. Jeśli było tak jak mówisz, to uważam, że zaczęli robić ten film od złej strony. Faktycznie, to jest optymistyczne, radosne kino. I tak naprawdę tyle.

Dawid: Ale tutaj pojawia się pytanie: czy film rzeczywiście zawsze musi być o czymś? Czy nie może powstać po prostu dla frajdy? Myślę, że w jakimś sensie Blues Brothers są spadkobiercami kina kontestacji, ale zamiast buntować się przeciwko czemuś, dają upust czystej hedonistycznej energii. Przy okazji film nie jest przecież zupełnie pusty, jeśli chodzi o humor: obśmiewa nazistów, rednecków, policjantów i kilka innych grup społeczno-kulturowych. Przy okazji całość, ze wszystkimi tymi pościgami i wybuchami, przypomina mi komedie w stylu de Funesa czy Gangu Olsena.

Maciek: Oczywiście, że nie musi być o czymś. Filmy mogą być o czymkolwiek. O czymś powinny być programy partii politycznych. To tylko kino, którego się uczepiliśmy, ale zgodzę się, że filmowcy nie są wobec czegokolwiek zobowiązani i z czystym sumieniem mogą kręcić filmy dla frajdy. Tylko Blues Brothers mi jej nie dostarcza. Przez ten pragmatyzm relacji między bohaterami, rozmytą dramaturgię, losowość scen i zdarzeń. Szybko przestało mi na tych postaciach zależeć.

Był tam jednak jeden ciekawszy wątek, czyli wyjściowe motywacje braci Blues. Dlaczego tak naprawdę chcą uratować ten sierociniec? Bo przecież nie tylko dlatego, że matka przełożona na nich na krzyczała.

Dawid: Ja im kibicowałem. Właśnie dlatego, że pomimo szemranej przeszłości mają dobre serducha, no i są „na misji od Boga”. Ponoć nawet Watykan uznał ten film za katolicki, a wiadomo, że tam mają pod tym względem wysokie wymagania. Bracia Bluesowie mają po prostu silny kręgosłup moralny, pomimo dość luźnego podejścia do kwestii przyzwoitości. To tacy trochę „uczciwi złodzieje”, przy których obstaje nasze serducho.

Maciek: Tyle że ten problem sumienia, rewanżu, odkupienia, rehabilitacji zaraz potem znika. I już w ogóle później nie wraca. A mógłby stanowić jakąś spajającą, dramaturgiczną oś.

Blues Brothers

Dawid: Ale Ty wciąż szukasz tu jakiegoś fabularnego uzasadnienia, jakiegoś większego sensu. A oni sobie po prostu wymyślili fabularny pretekst, a potem postanowili zasiać rozpierduchę w rytm bluesa, ku uciesze widzów w kinach samochodowych. I wszystko się zgadza: są dobre motywacje, jest mnóstwo akcji, przyjemna dla ucha muzyka, a nawet finał, który stanowi kompromis między happy endem a zaspokojeniem poczucia sprawiedliwości. Wydaje mi się, że jest dokładnie tak, jak miało być. Jestem niemal przekonany, że Landis był z tego zadowolony bardziej niż wszyscy Spielbergowie, Scorsesowie i Nolanowie tego świata ze wszystkich swoich dzieł.

Maciek: Haha! I ja bym bardzo chciał, by rzeczywiście tak było. Ja mam też problem z recenzowaniem, ocenianiem tego filmu. Bo tak naprawdę mało zasadne jest cokolwiek mu wytykać. Ot, filmowa ciekawostka. Bardziej się zastanawiam czemu mi ten film nie podszedł. Dlaczego uwielbiam Monthy Pythona, Jasia Fasolę i Sachę Barona Cohena, a to przecież podobnie swobodna twórczość, zaś przy Blues Brothers trzymam dystans, skutkujący zerkaniem na zegarek?

Dawid: No i tu wracamy do punktu wyjścia: to nie jest ambitny film z historią, tylko – tak jak mówisz – film-ciekawostka. To, że lubisz wymienionych przez Ciebie twórców, wynika z Twojego gustu i pewnego ich pomysłu. A tutaj jest twórczość chwilowa, spontaniczna, niczym nieskrępowana, która nie jest przeznaczona dla uważnych krytyków, lecz dla publiki, która trochę ogląda, trochę jednocześnie popija, a trochę się całuje w samochodzie czy w ostatnim rzędzie. Ale to swoją drogą ciekawe, że jedni dają się filmowi ponieść, a inni czują niedosyt spowodowany brakiem pewnych elementów dzieła filmowego, prawda?

Maciek: Zgodzę, że w tym przypadku jestem zrzędliwym, snobistycznym Krytykiem, który na siłę doczepił się i wytyka błędy całkowicie bezpretensjonalnemu, radosnemu filmowi. Tak czy siak, zostanę przy swoim stanowisku. Pythona puściłbym do towarzystwa. Blues Brothers nie. Ode mnie neutralne, obojętne 5/10.

Dawid: A ja pozwalam poszaleć swojemu wewnętrznemu hipiso-punkowi i daję 8/10, licząc przy okazji na to, że i w naszych, XXI-wiecznych czasach pojawiać się będzie więcej takich radosnych, bezpretensjonalnych, zrealizowanych dla czystej twórczej frajdy filmów.

———————————-

Maciej Niedźwiedzki – krytyk filmowy, redaktor portalu Film.org.pl, niezrównany znawca filmów animowanych. O sobie pisze tak:

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydziełoczyli Tajemnice Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą trylogię Toy Story. Od dłuższego już czasu w redakcji Filmorgu. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i, co roku w maju, festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

OCENY

Dawid: 8/10
Maciek: 5/10