NIEDOPATRZENIE #8: Dzień próby

Ciężko uwierzyć, że to już ósmy odcinek NIEDOPATRZENIA! Tym razem dyskutujemy – ostro i burzliwie! – na temat filmu Dzień próby Antoine’a Fuquy z 2001 roku, który bardzo długo zalegał na mojej liście „do obejrzenia”.

Dawid: W zasadzie nie wiem dlaczego przez tyle lat nie obejrzałem Dnia próby. Nie dość, że jestem fanem talentu Ethana Hawke’a, to jeszcze bardzo cenię filmy Antoine’a Fuquy z tego wcześniejszego okresu jego twórczości. To proste kino gatunkowe, które może nie jest zbyt oryginalne, ale dzięki mocnym akcentom zapada w pamięć. Tak właśnie jest z Dniem próby.

Maciek: To prawda. Wiele mocnych akcentów zapada w pamięć. Część z nich wypada jednak karykaturalnie. Jak ten nieszczęsny twardzielski tatuaż Denzela Washingtona. „Pewna jest tylko śmierć”. To było grube przegięcie, które uratowałby tylko prześmiewczy pastisz. Taki tatuaż mógłby dumnie nosić Kurt Russell w Death Proof u Tarantino. Fuqua niestety nie ma takiego wyczucia, potraktował to poważnie. W efekcie otrzymaliśmy dość komiczny rezultat.

Dawid: Ale przecież w takim kinie: gangsterskim, „twardzielskim” nie ma miejsca na pastisz. Tu rządzą proste, żelazne zasady, które wymagają dosłowności, a nie umownej konwencji. Ja dokładnie tego od Dnia próby oczekiwałem i dziwię się, że Ty spodziewałeś się czegoś innego.

Training Day

Maciek: Oczywiście, że nie ma. Chodziło mi, że taką sytuację mógłby ewentualnie obronić tylko pastisz albo przymrużenie oka. To sytuacja zero-jedynkowa. Albo takich rzeczy nie robisz albo je bronisz jakąś ironią. Fuqua zrobił na serio i wyszło strasznie drętwo.

Dawid: Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek miałby tu czegokolwiek bronić. Przecież to jest konwencja! W Chłopakach z sąsiedztwa też szukałeś ironii? Albo w Prawie Bronksu? Dzień próby składa się z samych przerysowań: że wspomnę o samodzielnej bójce żółtodzioba z dwoma zbirami, pistoletem przy skroni na środku skrzyżowania czy niemal fantastycznym finałem. Ale w takiej konwencji to wszystko jest spodziewane, usprawiedliwione i nie wymaga żadnego „bronienia”.

Maciek: Nie widziałem Chłopaków z sąsiedztwa ani Prawa Bronksu. Uważam tylko, że pewne momenty w kinie się bronią, a inne nie. Przyjęta konwencja ich wtedy nie uzasadnia. Bronić/uzasadniać może ją tylko jej zmiana. Scena, gdy mega twardzielski gangsta-cop pokazuje twardzielski tatutaż z takim twardzielskim napisem jest przekroczeniem formuły kina gangsterskiego. Dochodzi do za dużego stężenia, jest za dużo grzybów w barszczu. Takiej scenie życie dałby tylko pastisz. Ten moment w Dniu próby nie jest jedynym wyjątkiem. Mógłbym ci podać kilka scen z filmów z innych gatunków, w których granica konwencji/ stylu zostaje niezamierzenie przez reżysera złamana.

Dawid: Najwyraźniej inaczej rozumiemy pojęcie filmowej konwencji. W moim przekonaniu tego typu zabiegi są całkowicie zrozumiałe. Ten tatuaż jest elementem świata przedstawionego – wszystko jest odpowiednio przejaskrawione dla osiągnięcia konkretnego celu. I ci, którzy czują tę konwencję, dostrzegą ten cel i to, że udało się go osiągnąć.

Maciek: Pewnie w końcowych ocenach będzie wyraźnie widać, że inaczej przyjęliśmy tę konwencję. Ja lubię wiele przejaskrawionych filmów, ale w przypadku Dnia próby to wszystko wydało mi się szkolne i prostackie. Od niezbyt interesującego zestawienia tak banalnie różnych charakterów (idealisty z niemającym skrupułów gangsterem), przez zaludniających każdy kąt tego świata bandziorów, po tak karykaturalne policyjne szefostwo (wiedziałem, że oni się w końcu pojawią i będą to takie oślizgłe, skorumpowane typy) po tak przeszarżowaną, szpanerską grę Washingtona. To dla mnie kino reżyserowane z pomocą kilofa. Nie znam filmów Patryka Vegi, znam tylko opinie o nich. Miałem jednak dziwne wrażenie, że one pasują mi też do Dnia próby.

Dawid: Gdybyś znał kino Vegi, to nie używałbyś tak nietrafionych porównań. Cóż, jeśli dla Ciebie to jest grubo ciosane kino, to pewnie to samo powiedziałbyś o większości filmów sensacyjnych, kryminalnych czy gangsterskich z lat 80. czy 90., bo przecież mimo premiery w 2001 roku Dzień próby to film totalnie najntisowy. Jasne, klisz tu bez liku, ale tych kilka mocnych momentów – jak szalony obrót spraw w domu meksykańskich gangsterów czy pościg młodego za niedoszłym mentorem – powoduje, że Dzień próby wpisuje się w kanon męskiego kina, zaludnianego przez prawdziwych twardzieli i zakapiorów. Takich, którzy pokazują tatuaże i przystawiają podopiecznemu lufę do skroni na środku skrzyżowania.

Training Day

Maciek: „Wpisuje się doskonale w kanon męskiego kina, zaludnionego przez prawdziwych twardzieli i zakapiorów”… Jednak czy to, że się gdziekolwiek wpisuje, może działać jakkolwiek na plus czy na minus? Raczej nie. Ktoś to robi dobrze albo źle. Dniu próby daleko do najznakomitszych reprezentantów nurtu kina akcji (Szklana pułapka, Rambo). U Fuquy wszystko jest sztuczne i naciągane. Zupełnie od czapy są te perypetie Washingtona. Reżyser chyba nie miał pomysłu, co ma z tym głównym bohaterem zrobić. „Niech więc z kimś zadrze! Tylko, hmm, z kim? Tak, wiem, z Rosjanami! Rosjanie zawsze są groźni!”. Uznałem to za skrótowe i naiwne. Tak samo główna oś dramaturgiczna, czyli etyczny konflikt Washington-Hawke, wydała mi się powierzchowna, a zarazem przekombinowana, wtłoczona na siłę i wypchana dumnie wypowiadanymi przez Washingtona frazesami. Nie bolały cię uszy od tych mądrości?

Dawid: Absolutnie nie. Widzisz, ja po prostu dokonuję pewnego „zawieszenia niewiary” i biorę tę konwencję z dobrodziejstwem inwentarza. I nie zastanawiam się, czy brawura Washingtona jeszcze mieści się w skali czy już nie. Fuqua wie, co chce zrobić i robi to dobrze. Jasne, Alonzo gada dużo i często jest to pustosłowie, ale też właśnie o to chodziło – by zrobić z niego fałszywego proroka, który na końcu dostaje to, na co zasłużył. I ten konflikt etyczny jest zupełnie wiarygodny, tego typu historie już przecież zdarzały się w kinie!

Maciek: Ale czy ten konflikt jest aż tak zajmujący? Czy widz może mieć choćby przez chwilę wątpliwości kto ma rację? Czy Fuqua daje okazje widzowi by wahał się czyją stronę trzymać? Wydaje mi się, że tego w Dniu próby nie ma. Reżyser wali nas prosto w pysk. Najbardziej interesuje go prężenie muskułów. Dzień próby to wymagające cierpliwości wałkowanie w kółko tego samego, prostego w ocenie problemu. Myślę, że film Fuquy wybrzmiałby o wiele lepiej gdyby go skondensować do 30min i wpleść jako jeden z rozdziałów Sin City.

Dawid: No to Cię poniosło z tym Sin City – rozumiem, że pijesz do tego, że historia z Dnia próby jest równie przerysowana i komiksowa, co poszczególne wątki w adaptacji Franka Millera? Come on. Ja cały czas nie rozumiem skąd u Ciebie te wygórowane wymagania wobec filmu Fuquy. Od Szklanej pułapki też spodziewałeś się wiarygodnego przedstawienia konfliktu i głębokiej refleksji? Fakt, może widz nie ma tu dylematu „czyją stronę wybrać?”, ale nie wydaje mi się, by było to potrzebne. Chodziło o pokazanie wyjątkowo ciemnej strony policyjnego/detektywistycznego fachu i dwóch skrajnie różnych postaw moralnych. Serpico też nigdy nie miał wątpliwości co do swojej postawy – Sidney Lumet też pokpił sprawę, stawiają sprawę tak czarno-biało?

Maciek: Tak, Sidney Lumet również pokpił sprawę w Serpico. Zrobił również absolutnie nieinteresujący film, pozbawiony ciekawych postaci, zastanawiających problemów i wątków. Dzień próby i Serpico to dwa złe filmy, które postawiły na do znudzenia czarno-białą intrygę. W jednym mamy koksiarskiego Washingtona z zajebistym, jak pewnie sam uważa, tatuażem, a w drugim nieznośnego, krzykliwego i wymachującego rękami Ala Pacino. A skąd u ciebie brak wygórowanych oczekiwań? Przyjmujesz konwencje i niech się dzieje co chce?

Training Day

Dawid: Wydaje mi się, że naszą rozmowę idealnie podsumowałoby popularne skądinąd powiedzenie „chyba oglądaliśmy dwa różne filmy”. Jeżeli dla Ciebie Serpico to nieinteresujący film, a w Dniu próby nie dostrzegasz solidnie wykonanego męskiego kina, to znaczy, że nie oglądasz kina gatunkowego tak, jak ja czy 90% ludzkości – dla frajdy. Najwyraźniej zawsze szukasz jakiejś wywrotowości, przełamywania schematów, transgresji – i to jest bardzo chwalebne, ale odrzucasz tym samym filmy, które są solidne i sprawnie realizują gatunkowe założenia. A to już samo w sobie czyni je udanymi, bo jest cała masa filmów, które chcą być thrillerami, kryminałami czy filmami gangsterskimi, ale nie potrafią. Skąd u mnie brak wygórowanych oczekiwań? Stąd, że jak chcę obejrzeć kino gangsterskie, to nie szukam ironii, a postaci i intrygi rysowanych grubą krechą.

Maciek: No to mamy nieco inną perspektywę. Na szczęście, bo doczekaliśmy się w końcu konfrontacji w NIEDOPATRZENIU!. Wracając do Dnia próby i gatunkowości: nie szukam usilnie transgresji, podtekstów czy modernistycznej gry. Lubię wiele krystalicznie gatunkowych filmów: od Chicago, przez Szklaną pułapkę po Lepiej być nie może” Te filmy, mimo swojej przewidywalności, mają swoje momenty, wiedzą czym są i nie chcą usilnie być czymś więcej. Dzień próby chce, ale robi to w skrótowy i niesmacznie efekciarski sposób. Podniosłe i jednocześnie głupawe monologi Washingtona, etyczny konflikt, który da się zamknąć w dwóch zdaniach i prężenie muskułów. To kino sztuczne i pretensjonalne, bo trywialnie moralizatorskie. A w roli diabła mamy napuszonego, chcącego odkryć Amerykę wyniosłymi monologami Denzela Washingtona. Dzień próby nie ma więc ani interesującego tematu, ani wynoszącej go wyżej dobrej realizacji.

Dawid: No i ja właśnie tego „chcenia bycia czymś więcej” nie widzę w Dniu próby, tak jak nie widzę tego w innych filmach Fuquy, który nigdy nie wydawał się aspirować do miana kogoś więcej niż solidnego rzemieślnika. Dlatego uważam, że wszystkie wymienione przez Ciebie przymiotniki – trywialny, moralizatorski, napuszony, pretensjonalny – mieszczą się w ramach konwencji kina gangsterskiego, która przecież jest jedną z najbardziej przerysowanych form. Jasne, są lepsze propozycje filmowe z tej kategorii, ale Dzień próby to dla mnie mocny środek. Jak widać, nie ma tu miejsca na kompromis pomiędzy nami, więc może nie powtarzajmy się już, „let’s agree to disagree” i przejdźmy do konkluzji – czyli ocen. Ja wystawiam 7+/10 i przybijam piątkę Antoine’owi, Denzelowi i Ethanowi, mówiąc: job well done.

Maciek: Ja wystawiam 3/10, jednocześnie pokazując Denzelowi mój tatuaż z piracką czaszką na bicepsie i okalającym ją napisem „Człowieku, aleś się nagadał głupot”, a Ethanowi wręczam ulotkę z aniołkiem, gołębicą i zdobionym napisem „Peace”.

———————————-

Maciej Niedźwiedzki – krytyk filmowy, redaktor portalu Film.org.pl, niezrównany znawca filmów animowanych. O sobie pisze tak:

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydziełoczyli Tajemnice Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą trylogię Toy Story. Od dłuższego już czasu w redakcji Filmorgu. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i, co roku w maju, festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

OCENY

Dawid: 7+/10
Maciek: 3/10