#OscarowePrzedbiegi: Czwarta władza

"The Post" - posterJakie to mało oryginalne, jakie to Spielbergowskie w tym najmniej atrakcyjnym, patetyczno-patriotycznym sensie! Czwarta władza to ze wszech miar dzieło wpisujące się w trwający od lat, przeciętny okres twórczości Stevena Spielberga, więc dlaczego, do jasnej cholery, tak dobrze się to ogląda? Jest tu wszystko, za co kochamy tego reżysera, ale też wszystko, za co można go nie znosić – wszelkie jego manieryzmy, oklepane rozwiązania dramaturgiczne i bezpieczne, pozbawione pazura aktorstwo. Ale Czwartą władzę ogląda się z zaciekawieniem i napięciem większym niż w przypadku nagrodzonego dwa lata temu najważniejszym Oscarem Spotlight.

Historia afery związanej z tzw. Pentagon Papers, raportem amerykańskiego Departamentu Obrony opisującego stosunki amerykańsko-wietnamskie w latach 1945-67, to istny samograj. Wykradziony i przekazany redakcji „New York Times” przez analityka Daniela Ellsberga, liczące 7 tys. stron opracowanie dawało jeden jasny wniosek: Stany Zjednoczone były skazane na porażkę w konflikcie zbrojnym z Wietnamem. Opublikowanie raportu wywołało ogromny skandal społeczno-polityczny i masowe protesty obywateli USA, żądających natychmiastowego wycofania wojsk amerykańskich z Wietnamu. Upublicznienie tajnych dokumentów skompromitowało nie tylko armię Stanów Zjednoczonych, ale i kilka gabinetów rządu i prezydentów, solidnie nadwyrężając pozycję Nixona i pośrednio prowadząc do jego rezygnacji z urzędu. Czwarta władza przygląda się tej sprawie z iście dziennikarską rzetelnością: Spielberg prowadzi nas przez wszystkie najważniejsze meandry tej afery, przyjmując perspektywę redakcji i właścicieli „The Washington Post”, wydawanego w stolicy dziennika, który przy okazji Pentagon Papers awansował ze statusu lokalnej gazety do jednego z ważniejszych krajowych periodyków.

Kadr z filmu "Czwarta władza"

Intryga jest iście Spielbergowska – śmiem twierdzić, że więcej tu napięcia i szpiegowskiej atmosfery niż w średnio udanym Moście szpiegów, także zresztą opartym na kreacji Toma Hanksa. Ulubiony aktor Ameryki gra tutaj Bena Bradlee’ego, naczelnego „The Post” (tak brzmi też oryginalny tytuł filmu) i postać, za wykreowanie której ponad 40 lat temu Oscara dostał James Robards. Hanksowi tym razem nagroda Akademii nie grozi, gdyż nie dostał nawet nominacji, ale jego występ zasługuje na uznanie – Bradlee w jego wykonaniu to naczelny pełen charyzmy, trochę gburowaty, ale zawsze mający na uwadze renomę prowadzonej przez siebie gazety i dziennikarską misję. Kreowany przez Hanksa bohater jest bliskim przyjacielem Katharine Graham (Meryl Streep, nominowana oczywiście do Oscara), właścicielki i wydawcy „The Post”, która właśnie przymierza się do wypuszczenia odziedziczonej po ojcu i mężu firmy na giełdę. Sytuacja ekonomiczno-administracyjna gazety ma tu niebagatelne znaczenie, gdyż to właśnie ryzyko utraty inwestorów stanowi jeden z głównych powodów, dla których „The Washington Post” mogło nigdy nie wziąć udziału w aferze Pentagon Papers.

Kadr z filmu "Czwarta władza"

Nie ma sensu zagłębiać się tutaj w fabularne szczegóły Czwartej władzy, bo, po pierwsze, jest to historia z życia wzięta i można na jej temat poczytać w najróżniejszych źródłach, a po drugie: nieznajomość wszystkich elementów tej opowieści znacznie uprzyjemnia seans. Film Spielberga ogląda się jak porządne śledztwo albo intrygę szpiegowską, choć wszechobecne poczucie misyjności i patriotyzmu może nieco widzowi uwierać. Podobnie jest z aktorstwem, które mimo wysokiego poziomu operuje w bezpiecznych rejestrach, a role trudno nazwać brawurowymi. Polski operator Janusz Kamiński ma z kolei pecha, bo jego zdjęcia zdecydowanie mogłyby być nominowane do Oscara, gdyby nie tak mocna konkurencja w tym roku. Ujęcia z drukarni, proces składania gazety, a także samego researchu pokazane zostały bardzo dynamicznie, a przy tym niezwykle namacalnie – widz ma wrażenie, jakby siedział w środku tego wszystkiego i mało brakuje, by na jego palcach pozostał ślad tuszu drukarskiego, tak charakterystyczny dla obcowania ze świeżą prasą. Ostatnia scena zaś to piękne nawiązanie do Wszystkich ludzi prezydenta (1976) Alana J. Pakuli, którego Czwarta władza jest niejako prequelem. Trudno o ładniejszy hołd dla dzieła Pakuli i ukłon w stronę znających je widzów.

Czwarta władza to film dobry – tylko tyle i aż tyle. Z jednej strony Steven Spielberg wykonał na planie nienaganną pracę, z drugiej – nie można oprzeć się wrażeniu, że najciekawsze i tak jest tu sama historia, a nie opowiadające ją dzieło. Przezroczysty od pewnego czasu styl dawnego wizjonera sprawia, że Czwartą władzę ogląda się dobrze, z pewną dozą ekscytacji, ale nie ma się wrażenia obcowania z czymś wyjątkowym. To kolejny wzorcowy film śledczy, zrealizowany ściśle według przepisu, a pozbawiony twórczej ingerencji autora.

7/10

 

Tytuł: Czwarta władza
Tytuł oryginalny: The Post
Premiera: 22.02.2017
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: John Williams
Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood, Matthew Rhys, Alison Brie, Carrie Coon, Jesse Plemons, David Cross, Michael Stuhlbarg, Pat Healy, John Rue, Rick Holmes, Philip Casnoff