Siedem. W krainie grzechu i mroku

Dawno, dawno temu, zanim jeszcze stał się jednym z najbardziej uwielbianych reżyserów Hollywood, David Fincher nakręcił film, który zmienił oblicze ówczesnego kryminału. Twórca Siedem nie był chyba jednak absolutnie pewien sukcesu swojego dzieła, bowiem w rozmowie z Bradem Pittem i Kevinem Spaceyem powiedział: To może nie być film, za który zostaniecie zapamiętani, ale może być tym, z którego będziecie niesamowicie dumni. Dziś, po ponad 22 latach od premiery, można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że obaj aktorzy stworzyli w Siedem pamiętne kreacje, które napawają dumą.

W roku, w którym triumfy w światowych kinach święcił Disney (Toy Story), James Bond (GoldenEye) i NASA (Apollo 13), siódme – nomen omen – miejsce filmu Siedem w globalnym box office było sporym osiągnięciem. Nakręcony za skromny w porównaniu z wymienionymi tytułami budżet 33 milionów dolarów thriller zarobił na cały świecie blisko dziesięciokrotnie więcej, niemal z miejsca stając się dziełem kultowym w swoim gatunku. David Fincher miał wówczas opinię świetnego reżysera teledysków i dobrze zapowiadającego się twórcy fabuł, ale dobre przyjęcie jego debiutu – Obcego 3 – to było za mało, by spodziewać się tak spektakularnego sukcesu. Tymczasem słynący z perfekcjonizmu Fincher wyreżyserował dzieło, które do dziś wymieniane jest wśród najbardziej przerażających filmów z pogranicza kryminału i thrillera. Siedem z jednej strony zachwycało drobiazgowo przygotowaną i tworzącą niesamowitą atmosferę warstwą wizualną, z drugiej zaś przerażało bestialskością zła, które przedstawiało na ekranie. Napisany na przestrzeni dwóch lat scenariusz Andrew Kevina Walkera schodził głęboko w czeluści ludzkiej duszy, wydobywając na powierzchnię jej najciemniejsze zakamarki.

Niektórzy mogliby nazwać Siedem thrillerem religijnym, bowiem punktem wyjścia dla filmowego śledztwa jest seria brutalnych morderstw, z których każde odwołuje się do jednego z biblijnych siedmiu grzechów głównych. ­­­­Zwyrodnialec, który dokonuje tych zbrodni, wciąga w psychologiczną grę dwóch policjantów – doświadczonego, będącego w przededniu emerytury Williama Somerseta (w tej roli znakomity Morgan Freeman) i początkującego, ale niezwykle ambitnego Davida Millsa (będący wówczas na ogromnej fali wznoszącej Brad Pitt). Detektywów różni wszystko: wiek, kolor skóry, temperament, ale także metody śledcze. Starszy z funkcjonariuszy próbuje ująć mordercę, analizując szczegółowo jego zbrodnie, młodszy usiłuje zgłębić psychikę zbrodniarza. Łączy ich jedno – chęć schwytania samozwańczego kaznodziei, który na własną rękę wymierza karę grzesznikom. W miarę postępowania śledztwa obaj bohaterowie  pogrążają się w mrocznym i deprawującym świecie zbrodni, a ich frustracja rośnie. Morderca zdaje się rozdawać karty, a detektywi pogrążają się w bezsilności. Dopiero niespodziewany ruch zabójcy pchnie dochodzenie do przodu – ale wtedy może być już za późno…

Fincher znakomicie buduje napięcie nie tylko za sprawą pieczołowicie budowanego świata przedstawionego (ponure wnętrza, skąpane w deszczu i ciemne ulice, brunatno-czarna tonacja barw), ale także dzięki umiejętnemu dawkowaniu emocji. Dłuższe, wydawałoby się powolne sekwencje śledztwa przerywane są odkryciami kolejnych zbrodni, a marazm dochodzenia brnącego w ślepą uliczkę co jakiś czas przerywa urozmaicające całość wydarzenie (kolacja w domu Millsa, obława zakończona strzelaniną). Reżyser świetnie prowadzi aktorów, którzy zdają się potwierdzać tezę, jakoby przeciwieństwa się przyciągały. Temperamentny żółtodziób początkowo wydaje się niewłaściwym partnerem dla starego wygi, ale z czasem doświadczenie Somerseta i świeże spojrzenie Millsa zaczynają tworzyć skuteczną mieszankę.

Fincher nie daje jednak widzowi nadziei – bitwa dobra ze złem w Siedem może zakończyć się w tylko jeden sposób. I choć nie jest to wynik pozytywny, twórcy zdają się wierzyć, że zmagania dwójki detektywów mimo wszystko mają sens. Bo w tym ponurym, przygnębiającym, pokazującym najróżniejsze przykłady zła thrillerze równie mocno wybrzmiewają te pozytywne momenty, jak wspomniana kolacja w domu młodego detektywa i jego małżonki (ówczesna partnerka Brada Pitta, Gwyneth Paltrow, którą on sam nazwał jedynym promieniem słońca w filmie). Dylemat moralny, który kobieta porusza w rozmowie z Somersetem podczas tamtego wieczoru, pozostaje nierozstrzygnięty, a widz sam musi zdecydować, czy obraz świata przedstawiony w Siedem jest jedynym prawdziwym.

Po ponad dwóch dekadach od premiery thriller/kryminał Davida Finchera uznawany jest nie tylko za czołowego przedstawiciela gatunku, ale też jeden z najlepszych filmów w ogóle (w portalu IMDb zajmuje 22. miejsce na liście wszech czasów). Magia tego tytułu polega na tym, że przy każdym kolejnym seansie, mimo swego przygnębiającego wydźwięku i znanego już rozwiązania zagadki, robi takie samo wrażenie, jak za pierwszym razem.

Siedem można obejrzeć 11 października 2017 r. o godz. 23.10 na kanale TNT. W związku z emisją filmu TNT we współpracy z portalem Filmweb organizuje konkurs dla kinomaniaków, w którym można wygrać telewizory i vouchery do kina. Szczegóły pod tym adresem: http://www.filmweb.pl/betterontnt.

Tytuł: Siedem
Tytuł oryginalny: Se7en
Premiera: 15.09.1995
Reżyseria: David Fincher
Scenariusz: Andrew Kevin Walker
Zdjęcia: Darius Khondji
Muzyka: Howard Shore
Obsada: Morgan FreemanBrad PittGwyneth PaltrowKevin Spacey

  • Knl

    Numer jeden jeśli chodzi o gatunek thrillera. Lepszy od Milczenia Owiec i Labiryntu.

    • Dawid Myśliwiec

      Każdy z tych filmów ma niezwykle mocne strony i trudno je wartościować. „Milczenie…” w większym stopniu polegało na pojedynku aktorskim Hopkins vs. Foster, z kolei „Labirynt” (jeżeli mówimy o tym od Villeneuve’a) portretował pewną obsesję i szaleństwo wynikające z rodzicielskiej rozpaczy. Wszystkie trzy tytuły znakomite i każdy zasługuje na miano klasyka.

      • Knl

        Każdy z nich kapitalnie prowadzi akcję i wciąga. Niedoścignione thrillery, w sumie trudno znaleźć mi coś, co im dorównuje w dzisiejszych czasach. Może „True Detective”?

        • Dawid Myśliwiec

          Na pewno Villeneuve i Fincher to dwaj współcześni mistrzowie gatunku. „True Detective” to jednak inna forma: odcinkowa, dłuższa, mogąca pozwolić sobie na trochę inne rozłożenie akcentów i dynamiki akcji. W europejskim kinie ostatnio „Elle” dorównywało poziomem w kwestii budowania intrygi, choć ton opowieści był mniej mroczny. A tak to Fincher konkuruje sam ze sobą, choćby niedawną „”Zaginioną dziewczyną”.