NIEDOPATRZENIE #13: Supersamiec

Od ostatniego odcinka cyklu NIEDOPATRZENIE minęły już dwa miesiące, dlatego z tym większą przyjemnością prezentuję (mam nadzieję niezbyt) pechową 13-tkę, w której rozmawiamy z Maćkiem na temat filmu z gatunku, który rzadko gości w naszym repertuarze – oto dyskusja na temat Supersamca Grega Mottoli z 2007 roku.

Superbad

Maciek: Czemu oglądaliśmy ten film? Musisz mi to wytłumaczyć. Czemu Supersamiec znalazł się na twojej liście filmowych zaległości? Przyznam szczerze, że bardzo szybko zacząłem się zastanawiać, co z tego filmu można wydobyć poza zestawem sprośnych żartów i usilnie połączonych ze sobą gagów. Strasznie się męczyłem. Wyczekiwałem końca. Spoglądałem na zegarek. Przekonaj mnie to tego filmu. Przekonaj, że było warto!

Dawid: Uśmiejesz się: Supersamiec znalazł się na mojej liście zaległości dlatego, że… to pierwszy tytuł na liście najczęściej ocenianych filmów na IMDb, którego nie widziałem! Aktualnie zajmuje pozycję 197 z blisko 490 tysiącami oceń i ma imponującą średnią: 7,6/10. Chciałem sprawdzić o co tyle krzyku, tym bardziej, że przez kilka lat świadomie unikałem tego filmu. Uznałem go za niewarty uwagi, a tymczasem okazał się świetną licealną komedią z absolutnie niepodrabialną chemią pomiędzy dwoma głównymi bohaterami. Przekonywać Cię nie będę, ale przecież Michael Cera i Jonah Hill to napaleni Flip i Flap AD 2007!

Maciek: Ta chemia wydała mi bardzo wysilona. Tę przyjaźń poczułem dopiero w ostatniej scenie, gdy Hill i Cera leżą koło siebie. Wcześniej to było głównie wymachiwanie rękami,  wygłupy i wyrzucanie przekleństw. To dość proste i prostackie role aktorskie. Ja nie wiem po co ten film powstał. Nie jestem fanem takiego młodzieżowego kina, ale za takim Spring Breakers czy bardzo podobnym, ale ileż bardziej spełnionym, Project X widzę jakiś cel, gdy to wszystko zmierza w karykaturę, w przesadę, w eksces. Tutaj to się pomału toczy, toczy i tyle. Nie ma ten film charakteru.

Dawid: Chemia pomiędzy bohaterami w Supersamcu objawia się przede wszystkim w linii dialogowej. Fakt, jest wulgarnie i niekiedy prostacko, ale dużo w tym swobody i naturalności – czuć, że chłopaki znają się jak łyse konie i, pomimo ewidentnych różnic, doskonale do siebie pasują. To typowy bromance, ale wzbogacony o naprawdę wnikliwe (jakkolwiek wulgarne i prześmiewcze) rozpracowanie tematu dojrzewania, pierwszego seksu i porzucania rodzinnego gniazda.

Superbad

Maciek: Ale jak to dojrzewanie jest ujęte! W Supersamcu sprowadza się ono do spoglądania za dekolt i żartów z penisów. Nie widzę tu czegokolwiek wartego większej uwagi. Faktycznie lepiej to sprawdza się jako bromance, gdy Hill wynosi upitego Cerę z imprezy czy finale, gdy wyznają sobie przyjacielską miłość. Dojrzewanie mamy w Juno, dojrzewanie mamy w Tamte dni, tamte noce. Oczywiście, to kino z nieco innych rejonów, ale Supersamiec nawet nie próbuje pociągnąć wątku seksualnej świadomości. No i przy tym jest cholernie nużący jako rozrywkowa relacja z imprezy. No i ten żałosny wątek ich kumpla, wożącego się po mieście z policjantami-idiotami, wyciągniętymi rodem z trzecioklasowego kabaretu.

Dawid: Juno to akurat pochodzi z tego samego „obozu twórczego”, a Tamte dni, tamte noce to film zdecydowanie bardziej wielowymiarowy, subtelniejszy, po prostu inny, w którym też o co innego chodziło. A tu przecież nikt nie chciał owijać w bawełnę – jasne, pewnie nie każdy małolat tak rzuca mięchem, nie każdy myśli tylko fiutem, ale też Supersamiec wydaje mi się jakoś bardziej wiarygodny niż hiperintelektualne dorastanie u Guadagnino. Film Mottoli jest komiksowy, przerysowany, ale jednocześnie uroczo bezpośredni. To pomieszanie Goonies (ahoj, przygodo!) z Po godzinach Scorsesego, a jednocześnie kwintesencja high school movie, ze wszystkimi szczeblami w szkolnej hierarchii (losers, bullies, itd.). Być może mój odbiór tego filmu nieco różni się od Twojego, bo ja w pewnym sensie „dojrzałem” do niego, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Długo się przed nim broniłem, ale w końcu przekonałem się do seansu, dokonując pewnego zawieszenia niewiary. I odczuwałem sporą frajdę podczas oglądania.

Maciek: Komiksowy jest kapitalny Project X, który w pewnym jednym momencie jest faktycznie zabawną wariacją nad superbohaterskimi powieściami (koniecznie nadrób Project X i zobaczysz jak kreatywnie można podejść do dokładnie tego samego tematu). W Supersamcu nie widzę świadomego przerysowania, ale niedorzeczności i masę głupotek (cały wątek z policjantami wyrzuciłbym na śmietnik), sztucznych konfliktów (sytuacja, gdy Jonah Hill zostaje przypadkowo potrącony przez samochód) i nieśmiesznych niedorzeczności. Ja też nie chciałbym kreować się na jakiegoś konesera ambitnego, autorskiego kina. Uwielbiam Głupiego i głupszego, który operuje humorem z podobnym, często równie niesmacznych, rejestrów. Supersamiec wydaje mi się filmem cholernie nieudanym, rozwlekłym i prostackim. Jak wiesz, lubię w filmach szukać momentów i dwuznaczności. Nie ma tu ani interesujących wątków, ani dobrego humoru, ani frajdy. W Supersamcu nie ma nic super. Przyznam, że to kino na tyle jałowe, że trudno aż jest mi prowadzić o nim rozmowę. Z miejsca mógłbym wystawić 2/10.

Superbad

Dawid: Wspomniałeś Głupiego i głupszego, a przecież to są prawie takie same filmy! W Supersamcu też chodzi o zdobycie kobiety (a nawet dwóch) i o to, że przyjaciel stoi zawsze u boku swego przyjaciela, mimo pewnych kłótni i różnic. Ja z łatwością mogę o nim pisać, bo to – jakkolwiek wulgarne – ciekawe potraktowanie wątku „bromance”, w którym chłopięca przyjaźń zamienia się niemalże w platoniczną miłość. Seth i Evan są od siebie zależni, razem doświadczali świata, zarówno jego jasnych, jak i ciemnych stron. Teraz stoją u progu dorosłości, mają zamieszkać z dala od siebie, a w dodatku władcami ich hormonów stają się jakieś baby, do których niby chłopaków ciągnie, ale których też trochę się obawiają… Jest w Supersamcu co najmniej kilka scen, które mimo pozornie „heteroseksualnego” finału nie pozwala widzowi być pewnym tego, co tak naprawdę siedzi w głowach i sercach tych chłopaków. Choćby dlatego Supersamiec to film warty uwagi.

Maciek: Ten homoerotyzm między Sethem i Evanem jest faktycznie odczuwalny w kilku scenach, ale fakt, że on tam tylko JEST nie sprawia bym mógł przychylniej spojrzeć na Supersamca. Co do Głupiego i głupszego, to niewątpliwie widać jakieś tam strukturalne podobieństwa, ale film z Carreyem i Danielsem nieporównywalnie bardziej mnie śmieszy. Może dlatego, że tam repertuar żartów jest naprawdę zróżnicowany. W Supersamcu wszystko wydaje się być zrobione na siłę, wyciosane przez scenarzystów pozbawionych poczucia humoru i reżysera, który nie wie kiedy ten film skończyć. Przysięgam, nie pamiętam kiedy ostatnio tak często w trakcie seansu spoglądałem na zegarek. Ja naprawdę nie potrafię wskazać w Supersamcu elementu, który się udał czy choćby jednej miło zaskakującej mnie sceny.

Dawid: Supersamiec zapewne jest dość monotematyczny i wulgarny, ale urzekł mnie historią tych dwóch przegrywów, dla których ten jeden wieczór może stać się kluczem do dorosłości. W pewnym sensie film Grega Mottoli to takie Po godzinach w wersji dla napalonych małolatów. Jeśli miałbym oceniać, to to jest dla mnie taka ósemeczka: ujarana, zbijająca piątki z kumplami i marząca o najlepszych dziewczynach w szkole. Twoją ocenę już znam, ale może kiedyś uda Ci się spojrzeć na tę komedię łaskawszym okiem, bo w moim odczuciu naprawdę na to zasługuje.

———————————

Maciej Niedźwiedzki – krytyk filmowy, redaktor portalu Film.org.pl, niezrównany znawca filmów animowanych. O sobie pisze tak:

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydziełoczyli Tajemnice Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą trylogię Toy Story. Od dłuższego już czasu w redakcji Filmorgu. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i, co roku w maju, festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

OCENY

Dawid: 8/10
Maciek: 2/10