Czas wojny

Powinien nazywać się Steven „Ku Pokrzepieniu Serc” Spielberg, bo od lat jest czołowym amerykańskim inspiratorem filmowym. Kiedyś sięgał jednak po rozwiązania nieco bardziej wyszukane niż te, które zastosował w Czasie wojny. Czy sfabrykowany, nachalny dramatyzm to wszystko, czego można się teraz spodziewać po niegdyś jednym z największych wizjonerów Hollywood?

Odnoszę wrażenie, że Spielberg najchętniej widziałby bohaterów swojego ostatniego filmu posługujących się trzynastozgłoskowcem i układających peany na cześć legendarnego zwierzęcia, rumaka Joeya. Złotouści farmerzy z Devon raz po raz przerzucają się ludowymi mądrościami, które cne są, choć proste. Ludzie ze społecznych nizin, jak wiadomo, honoru mają pod dostatkiem, ale żeby władać taką angielszczyzną, z takim zapałem bronić ideałów i przeciwstawiać się ciemiężcom? Takie rzeczy tylko u Stevena, bo tylko on z takim rozmachem potrafi opowiadać o rzeczach trywialnych. A tym razem zrobił to z pomocą zdjęć Janusza Kamińskiego, swoją drogą rzeczywiście wspaniałych.

Epickie dzieło wielkiego Spielberga nieco przytłacza ckliwością, ale to chyba nieodzowny przymiot filmów o… zwierzęcych bohaterach wojennych. A mówiąc już zupełnie poważnie, monumentalność Czasu wojny w istocie może przytłaczać. Tu wszystko jest wielkie – pola bitwy, połacie ziemi we francuskiej wiosce, brytyjskie koszary i niemieckie lasy. Każdy element oglądamy niczym przez szkło powiększające, dlatego nie dziwi fakt, że wzruszenie zawarte w kluczowych scenach obliczone jest na hektolitry łez. Joey walczy o swój los żarliwiej niż niejeden wojak, a każdy, kogo napotyka, przejawia doń najwznioślejsze uczucia.

Historia walecznego rumaka, który pozornie był zbyt wątły do pracy na polu, nie wspominając o trudach wojny, opowiedziana jest linearnie, a rzeczywistość wokół Joey’a zmienia się wraz z jego właścicielami. Pierwszym i najważniejszym panem mężnego konia jest nastoletni Albert, który zaprzyjaźnia się ze zwierzęciem. Pewnego dnia musi jednak oddać swojego kompana wojsku, które potrzebuje sprawnych zwierząt na froncie rozpoczętej właśnie I wojny światowej. Młodzieniec przysięga sobie i Joey’owi, że nie spocznie, dopóki przyjaciele nie spotkają się ponownie. Jak myślicie, uda mu się?

Mój odrobinę ironiczny ton wynika z bardzo jawnego przekazu reżysera – od początku podkreśla, jak niezwykłym i niezłomnym zwierzęciem jest Joey, inne niż szczęśliwe zakończenie nie jest więc możliwe, gdyż – jak mawia moja mama – nie byłoby filmu. Tak, to jeden z tych obrazów, który nie pokusił się o gatunkową woltę. Z prostej przyczyny – w obawie przed protestami widzów. Naturalnie nie może być tu mowy o ocenianiu aktorstwa, bo w dziełach takich, jak to, liczy się, niczym w sportach zespołowych, dobro drużyny. W tym wypadku drużyną jest film jako piękna, wzruszająca i banalna całość.

Niesamowite jest to, że nawet tak sztuczne dramatycznie i infantylne filmy Spielberga ogląda się znakomicie. Król amerykańskiej komercji wykorzystuje wszystko to, co oferuje współczesne kino – zapierające dech w piersi efekty specjalne, monumentalne udźwiękowienie, sprzęt pozwalający na wykonanie niezapomnianych zdjęć. Czas wojny to jednak coś więcej, niż formalne sztuczki. Spielberg ze swoim hollywoodzkim rozmachem łączy godny pochwały morał i wielką nadzieję, jaką w niepewnych, kryzysowych czasach niosą ze sobą opowieści o wspaniałych bohaterach.

To wartość nie do przecenienia.

Tytuł: Czas wojny
Tytuł oryginalny: War Horse
Premiera: 4.12.2011
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: Lee Hall, Richard Curtis, na podstawie powieści Michaela Morpurgo pod tym samym tytułem
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: John Williams
Obsada: Jeremy Irvine, Peter Mullan, Emily Watson, Niels Arestrup, David Thewlis, Tom Hiddleston, Benedict Cumberbatch, Toby Kebbell