Oscarowe przedbiegi: Grand Budapest Hotel

Trzeba podziwiać twórców, którzy konsekwentnie budują swoją wizję kina, a jednocześnie potrafią zaskakiwać widzów każdym kolejnym dziełem. Oferując sprawdzoną i przemyślaną recepturę, umieją wpleść w nią nowy sekretny składnik, który wzbogaca i tak już znakomity smak filmowego dania. Choć Grand Budapest Hotel nie odbiega od dotychczasowego stylu Wesa Andersona, a wręcz stanowi jego definicję, znany z niezwykle plastycznych dzieł reżyser znalazł kilka sposobów, by zadziwić swych fanów.

Po raz pierwszy bowiem twórca Rushmore w całości opowiada historię z użyciem jednej ze swych ulubionych metod – retrospekcji. Choć stosował ją niejednokrotnie, dopiero teraz zdecydował się, aby stała się ona formalną esencją kolejnej niesamowitej opowieści. Grand Budapest Hotel przybliża widzom losy nietuzinkowego concierge’a, monsieur Gustava, który wskutek przedziwnych zawirowań staje się właścicielem pokaźnego majątku. Proza życia uczy jednak, że pieniądze szczęścia nie dają, a duże pieniądze… Cóż, dość powiedzieć, że, stając się głównym spadkobiercą madame D., swej wieloletniej kochanki, stał się także wrogiem numer jeden dla syna denatki i jego wyjątkowo niebezpiecznego „współpracownika.” Na szczęście jednak ma u boku Zero (Tony Revolori), terminującego u niego boja hotelowego, który za swoim mistrzem skoczyłby w ogień (jak się później okazuje, vice versa). Uczeń Gustava od początku jest dlań równorzędnym partnerem, choć hotelowa hierarchia mogłaby sugerować inaczej.

Zapewne znawcom dorobku Andersona trudno będzie w to uwierzyć, ale jego najnowsze dzieło jest jednocześnie najbardziej dynamicznym. Gdyby nie przerwy w opowiadaniu, przeznaczone na współczesny komentarz zaawansowanego już wiekiem Zero, widzowi trudno byłoby złapać oddech – ucieczkom, pościgom i pojedynkom nie ma końca, zaś po jednej pełnej akcji sekwencji następuje cała masa kolejnych. Towarzyszy temu wprowadzanie kolejnych znakomitości aktorskich – prawdziwym majstersztykiem jest zwłaszcza kombinacja rozmów telefonicznych pomiędzy concierge’ami kolejnych luksusowych hoteli. Nie zabrakło ulubieńców reżysera – Billa Murraya, Tildy Swinton czy Owena Wilsona, ale najbardziej pozytywnie zaskoczył Ralph Fiennes. Tak komediowej kreacji jeszcze w swoim dorobku nie miał, a poradził sobie z nią znakomicie. Posługujący się literacką frazą i cytujący poezję Gustav to prawdziwy amalgamat dystyngowanego umiaru i sarmackiej wylewności.

Grand Budapest Hotel nie mógłby być jednak filmem Andersona, gdyby nie cała paleta formalnych właściwości, pozwalających natychmiast rozpoznać jego charakterystyczny styl. Symetryczne aż do przesady kadrowanie, scenografia opierająca się na nasyconych, jaskrawych kolorach, a przede wszystkim wyeksponowanie licznych rekwizytów sprawia, że dzieła twórcy Genialnego klanu ogląda się niczym aktorskie animacje. Tym razem przedmiotem, który zyskuje szczególne znaczenie, jest pewien wartościowy obraz, ale niemniej ważny jest hotelowy uniform czy buteleczka silnych perfum, z których znany jest Gustav. Ponownie Anderson tworzy postać za pomocą jej inwentarza i ponownie uzyskuje efekt z pogranicza komiksu i baśni. Efekt, dodajmy, jedyny w swoim rodzaju.

Twórczość tego reżysera wymaga pewnej szczególnej plastycznej wrażliwości. Nie każdemu Grand Budapest Hotel się spodoba, ale ci, którzy kino wciąż traktują jako miejsce obcowania z fantazją filmowców, docenią m.in. mnogość przezabawnych detali dotyczących Europy Środkowowschodniej, jak choćby przemiły ukłon w stronę polskiej Żubrówki. Wes Anderson potwierdza, że niewielu twórców może się mierzyć z jego wyobraźnią.

Tytuł: Grand Budapest Hotel
Premiera: 6.02.2014
Reżyseria: Wes Anderson
Scenariusz: Wes Anderson, Hugo Guinness, na podstawie prac Stefana Zweiga
Zdjęcia: Robert D. Yeoman
Muzyka: Alexandre Desplat
Obsada: Ralph Fiennes, Tony Revolori, F. Murray Abraham, Adrien Brody, Willem Dafoe, Mathieu Amalric, Jeff Goldblum, Jude Law, Harvey Keitel, Edward Norton, Saoirse Ronan, Léa Seydoux, Tom Wilkinson, Jason Schwartzman, Tilda Swinton, Bill Murray, Owen Wilson