Killing Them Softly

killing-them-softly-plakatObrazów recesji w amerykańskim kinie było w ostatnich latach sporo, a szczególnie dużo działo się w filmie dokumentalnym – warto wspomnieć choćby nagrodzony Oscarem Inside Job czy Scrappers, oba z 2010 r. Dużo trudniej jest w sposób pozbawiony patosu i wtórności opowiedzieć o wielkim kryzysie z lat 2007-2010 twórcom kina fabularnego. Zeszłoroczna Chciwość należy do nielicznych przykładów oryginalnego potraktowania tego tematu, a dziś włączam do nich również jedną z najnowszych grudniowych premier, Zabić, jak to łatwo powiedzieć.

Temat przekładów angielskich (i nie tylko) tytułów filmowych na język polski poruszałem w swoich tekstach niejednokrotnie, ale raz po raz tłumacze przekraczają kolejne granice. I kiedy ponownie obiecuję sobie, że nie będę się już powtarzał i zamilknę w tej kwestii na wieki, pojawia się przekład tak idiotyczny, absurdalny i niedorzeczny, że łamię złożone samemu sobie przyrzeczenie. I tak, jak fani serii Star Trek zakładają na Facebooku grupy sprzeciwiające się profanowaniu ich pasji bzdurnymi tytułami, tak i ja staję w obronie widza, który prawdopodobnie na skutek złych przekładów niejednym filmem nawet się nie zainteresował. Oryginalne Killing Them Softly, będące językową wariacją na temat tytułu klasycznego utworu Roberty Flack, zostało przeszczepione na polski grunt z podobnym zamysłem. Problem jednak w tym, że po drodze zatraciło cały sens.

Życzę jednak Andrew Dominikowi, reżyserowi tego stylowego obrazu, aby fatalne tłumaczenie nie pozbawiło go tych kilkunastu tysięcy polskich widzów – na więcej kino tak nieszablonowe nie może liczyć nawet w przypadku wielomilionowych nakładów na promocję. Killing Them Softly oferuje jednak sporo nawet tym mniej zorientowanym widzom – uwielbiany nie tylko przez płeć piękną Brad Pitt, James Gandolfini wrzucający do kosza wizerunek twardego Tony’ego Soprano czy znakomicie lawirujący między bohaterami Richard Jenkins to obsada-marzenie. Nade wszystko jednak konwencja filmu pozostaje tu największą niespodzianką i przyjemnością zarazem – kino gangsterskie spotyka się z czarną komedią i tematyką społeczno-gospodarczą, a to mieszanka prawdziwie fascynująca.

Okazuje się bowiem, że życie gangstera w XXI w. nie należy do najłatwiejszych. Niegdyś niemal nietykalny, pławiący się w bogactwach i budzący popłoch w społeczeństwie, dziś odczuwa skutki recesji równie dotkliwie – jeśli nie mocniej – niż zwykli śmiertelnicy. Historię poznajemy z perspektywy Frankiego (Scoot McNairy) i Russella (Ben Mendelsohn), dwóch opryszków z bliżej nieokreślonego miasta, którzy na zlecenie niejakiego Wiewióry dokonują napadu na… lokalnych mafiosów. Tak, pomysł to zaiste karkołomny, biorąc pod uwagę, że żaden z jegomościów posturą nie grzeszy, jednak odpowiedni atrybut w postaci broni palnej największego fajtłapę zamienia w twardziela. Panowie rabują ponad 100 tysięcy dolarów podczas jednej z wielu nielegalnych gier hazardowych, podczas których gangsterzy mnożą – lub tracą – swoje ciężko zarobione pieniądze.

Akcja przebiega niemal bezproblemowo i sprawcy wydają się być spokojni o swój byt. Jednak oszukani mafiosi, mając w pamięci podobne wydarzenie sprzed kilku lat i obawiając się o lokalną gospodarkę, wynajmują Jackiego Cogana, płatnego mordercę, który ma zaprowadzić porządek w okolicy. Ekscentryczny najemnik krok po kroku rozpracowuje zagadkę napadu, wyprzedzając kolejne ruchy nieporadnych sprawców. W trakcie śledztwa spotyka się z Kierowcą, który jest pośrednikiem pomiędzy zleceniodawcą a zleceniobiorcą. To specyficzny obraz zmiany gangsterskiego etosu – niegdyś boss organizacji osobiście zlecał cynglowi wykonanie wyroku, dziś szefowie delegują do tego kogoś w rodzaju adwokata, który usprawiedliwia opieszałość decyzji zwierzchników, pozwalając im na umycie rąk od zbrodni.

Pomiędzy przezabawnymi dialogami bohaterów a znakomitą muzyką (m.in. Johnny Cash), w tle rozbrzmiewają przede wszystkim płomienne przemówienia byłego i obecnego prezydenta USA. Mówią o złym stanie gospodarki i sposobach na wyjście z kryzysu, o potrzebie jedności narodu i trudnych czasach, jaki go czekają. Wrażenie oglądania krajobrazu po katastrofie potęguje sama sceneria, w której rozgrywa się akcja. Już scena otwarcia, w której blady, kiepsko ubrany Frankie przemierza szare i brudne przedmieścia, daje nam do zrozumienia, że Killing Them Softly to nie kolejna realizacja „American dream”. Wszechobecne głosy polityków komentują ponurą rzeczywistość, w której grube ryby pożerają mniejsze, aby przetrwać.

Brad Pitt jest klasą sam dla siebie. Jego Jackie to stary wyjadacz, potrafiący poradzić sobie w każdych okolicznościach, nawet tak ekstremalnych, jak kryzys gospodarczy. Choć żyje poza prawem, podlega ekonomicznym mechanizmom i – paradoksalnie – dzięki nim otrzymuje zlecenie. Cogan to postać wystylizowana, dobrze przemyślana, wzorowana trochę na bohaterach filmów Guya Ritchiego, a trochę czerpiąca z coenowskiego To nie jest kraj dla starych ludzi – po prostu znakomita.

Bo Killing Them Softly, podobnie jak wspomniany, znakomity obraz braci Coen, to wystylizowana krytyka konsumpcjonizmu z jednej strony, a nihilizmu z drugiej. I choć Dominikowi można zarzucać nachalny dydaktyzm i przesadną dosłowność w finale, jednak jego najnowszy film to dzieło zadziorne, nieszablonowe, pozwalające wierzyć, że w amerykańskim mainstreamie wciąż jest miejsce dla kina gatunków.

TytułZabić, jak to łatwo powiedzieć
Tytuł oryginalnyKilling Them Softly
Premiera: 22.05.2012
ReżyseriaAndrew Dominik
ScenariuszAndrew Dominik, na podstawie powieści Cogan’s Trade George’a V. Higginsa
ZdjęciaGreig Fraser
MuzykaMarc Streitenfeld
ObsadaBrad PittScoot McNairyBen MendelsohnJames GandolfiniRichard JenkinsVincent CuratolaRay LiottaSam Shepard