Kowboje i obcy

Czasy, kiedy w kinie znakomite efekty specjalne były w stanie przykryć braki scenariuszowe i mało interesującą historię, minęły wraz z końcem XX w. Teraz, gdy wszystkie amerykańskie studia filmowe dysponują ogromnymi budżetami i zaawansowanym sprzętem FX, widzowie oczekują jeszcze dobrej historii i krwistych postaci. A tego, niestety, Kowbojom i obcym zabrakło.

Mariaż westernu i kina science fiction swoją wizytę na dużym ekranie zawdzięcza powieści graficznej (nie mylić z komiksem!) Scotta Mitchella Rosenberga pod tym samym tytułem. Opowieść o starciu dzielnych mieszkańców Dzikiego Zachodu z bezwględnymi kosmitami została przyjęta bardzo dobrze, dlatego gdy Jon Favreau postanowił przenieść komercyjny potencjał na taśmę filmową, nikt nie był zaskoczony. Najmocniejszą stroną tej produkcji są z pewnością efekty specjalne. Favreau udowodnił już przy okazji obu części Iron Mana, że potrafi zebrać dobrą ekipę od fajerwerków technicznych. Nie dziwi więc, że do swego najnowszego filmu zaprosił ten sam zespół, który zaserwował widzom wspaniałe przedstawienie.

Potężne wybuchy, fantastycznie zaprojektowane statki kosmiczne, ale i wykonana z pietyzmem westernowa sceneria naprawdę robią wrażenie. Okazuje się jednak, że jest to jedyna mocna strona Kowbojów. Gorzej prezentuje się bowiem warstwa fabularna. Naprawdę trudno jest napisać o niej cokolwiek dobrego. Przewidywalna, nieangażująca widza, a przede wszystkim po prostu nudna – próżno szukać tu budowania intrygi czy niespodziewanych rozwiązań. Historia nieznanego kowboja, który na nadgarstku dzierży przedziwne urządzenie, zostaje wyjaśniona zbyt szybko i siermiężnie. Dziki Zachód spotyka się z futurystyczną technologią Obcych, ale nie wynikają z tego ani zabawne sytuacje, ani ciekawe konfrontacje. W finale nie zostaje nic oprócz krwawej jatki.

Byłoby inaczej, gdyby Kowboje i obcy oparci byli o mocne charaktery głównych bohaterów. Jednak protagonista, w którego wciela się Daniel Craig, nie nosi żadnych wyrazistych cech, tak potrzebnych herosom z filmów przygodowych. Daremne są jego próby rozśmieszenia widza – kamienna twarz i niezgrabne relacje z innymi osobnikami czynią z niego jedną z najnudniejszych pierwszoplanowych postaci ostatnich lat. Niestety, nie lepiej jest z drugim planem: niemrawy Harrison Ford w roli tylko teoretycznie groźnego biznesmena i Olivia Wilde jako kluczowa dla wydarzeń niewiasta to za mało, by zdobyć uznanie widza.

I jeszcze parę słów o aktorstwie. Nikt nie zasługuje na szczególną wzmiankę, ale obsadzenie Daniela Craiga w roli, która powinna być charyzmatyczna i zapadająca w pamięć, było najgorszą pomyłką twórców filmu. Odtwórca ostatnich wcieleń Jamesa Bonda to przykład stereotypowego angielskiego flegmatyka, dla którego na Dzikim Zachodzie niestety nie ma miejsca. Dla Kowbojów i obcych również. Spodziewałem się więcej: humoru, ciekawych bohaterów, tajemnic. Wszystko zostało podane widzowi na tacy, dlatego jeżeli lubicie nieco ambitniejsze kino rozrywkowe, nowym filmem Favreau się rozczarujecie.

Recenzja pierwotnie opublikowana w „Gazecie Młodych”.

Tytuł: Kowboje i obcy
Tytuł oryginalny: Cowboys & Aliens
Premiera: 29.07.2011
Reżyseria: Jon Favreau
Scenariusz: Roberto Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof, Mark Fergus, Hawk Ostby, Steve Oedekerk, na podstawie powieści graficznej Scotta Mitchella Rosenberga pod tym samym tytułem
Zdjęcia: Matthew Libatique
Muzyka: Harry Gregson-Williams
Obsada: Daniel Craig, Harrison Ford, Olivia Wilde, Sam Rockwell, Paul Dano, Clancy Brown