Królowie ulicy

Opowieść policyjna. Nie jako tytuł; nie, raczej gatunek, kanon kina męskiego, bezkompromisowego, brutalnego. Transmutacja westernu w zurbanizowaną epopeję. Twardzi, często prymitywni mężczyźni i kobiety – słabe, kruche, potrzebujące opieki nieokrzesanego bandziora. Bo właśnie bandziorami często są policjanci w takich policyjnych historiach – draniami takimi, jak Tom Ludlow, bohater Królów ulicy.

Taki bandzior-policjant dużo strzela. I dużo zabija. Keanu Reeves jako Ludlow może do najstraszniejszych nie należy, ale w jego zepsucie jestem w stanie uwierzyć. Taki dużozabijający policjant ma potem problemy – czasem bowiem ustrzeli o kilku śmieci za dużo i robi się bałagan. Ale jeśli bandzior-policjant ma w przełożonym przyjaciela, bałagan znika. I tak trwa symbioza – Ludlow sprząta w nieoficjalnych misjach, a Forest Whitaker w roli kapitana Wandera kryje swojego podwładnego.

Policjanci z brudnymi rękami to norma chyba w każdym kraju. Gdzie więc element atrakcji w tej jak dotąd utartej fabule? A tutaj – były partner Toma okazuje się donosicielem. Jednak gdy Ludlow chce w sposób jedynie słuszny przemówić byłemu kumplowi do rozsądku, staje się mimowolnym świadkiem jego śmierci. Wtedy nieważne stają się ostatnie czyny kompana – ważna staje się tylko zemsta. Wendeta, podczas której Tom odkryje, jak wielu ludzi ubrudziło ręce w jego oddziale i jak wiele niewinnych osób przypłaciło to życiem.

Keanu Reeves zyskał sporo kilogramów i stracił sporo aktorskiego uroku. Jest ciężki, statyczny, nie nadaje postaci żadnego charakteru. Jest też – choć to raczej wina scenarzystów – zupełnie niekonsekwentny – pała niechęcią, wręcz nienawiścią do byłego partnera, po czym rzuca się w trwającą przez cały film pogoń za jego oprawcami. Jest alkoholikiem, ale w połowie filmu jakby o tym zapomniał – wypijane licznie buteleczki z wódką nagle znikają z jego inwentarza.

Whitaker znowu próbuje kolejny film zagrać na tym samym zestawie min. Ba! On nie tyle próbuje, co robi to! Te same szaleńcze uśmiechy i miny, zdradzające poważną chorobę psychiczną. Miny Hugh Lauriego również są znane, ale choć nie mogę pozbyć się image’u dr House’a sprzed oczu, polubiłem kapitana Biggsa w jego wykonaniu. To prawdopodobnie jedyna charakterna postać w tej menażerii.

Kiepsko z dynamiką, nienajlepiej z grą aktorską, płytko w warstwie fabularno-ideologicznej, a jednak – wciąga! Chcemy wiedzieć, czy ten wrak człowieka, a jednocześnie skuteczny policjant doprowadzi sprawę do końca, czy padnie ofiarą układu o wiele potężniejszego niż on sam. Wszystko to już widzieliśmy, ale może to właśnie sprawia, że chcemy obejrzeć raz jeszcze.

Tytuł: Królowie nocy
Tytuł oryginalny: Street Kings
Premiera: 03.04.2008
Reżyseria: David Ayer
Scenariusz: James Ellroy, Kurt Wimmer, Jamie Moss
Zdjęcia: Gabriel Beristain
Muzyka: Graeme Revell
Obsada: Keanu Reeves, Forest Whitaker, Hugh Laurie, Chris Evans, Jay Mohr, John Corbett, Terry Crews, Amaury Nolasco