Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Świętej pamięci Stieg Larsson, autor powieści, która dała początek kryminałowi Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, byłby z całą pewnością dumny z jakości filmu, który jest owej książki ekranizacją. Nie czytałem literackiego pierwowzoru, ale biorąc pod uwagę, że musi zawierać jeszcze więcej szczegółów i kryminalnego napięcia niż jej wielkoekranowy odpowiednik, powinienem ten stan rzeczy jak najszybciej zmienić.

Mikael Blomkvist to typowy dziennikarz śledczy – wywąchuje najgorsze gówno i zadziera z najgrubszymi rybami. Niestety, idealista musiał w tym wypadku uznać zwycięstwo skorumpowanych realiów, gdyż pozbawiony w jednej chwili wszystkich świadków przegrywa sprawę i czeka na półroczną odsiadkę. Dostaje jednak telefon od pracownika Henrika Vangera, którego mocodawca pragnie odnaleźć mordercę swej bratanicy. Gdy okazuje się, że Blomkvist lata temu poznał ofiarę, angażuje się w sprawę całym sobą.

Z początku opowieść biegnie dwutorowo, gdyż równolegle z Blomkvistem poznajemy Lizabeth Salander – kobietę, o której śni wielu mężczyzn. Dodać należy, że sny te nie należą wówczas do najlepszych. Lizabeth to kobieta tak ciężko doświadczona przez los, że nie zależy jej już na niczym. Poza jednym – sprawiedliwością. Jako uzdolniona hakerka natyka się na sprawę, którą zajmuje się Mikael, i postanawia mu pomóc. Nie wie jeszcze, jak niebezpieczna okaże się gra, w którą oboje grają…

Muszę przyznać, że postać Lisabeth wymyka się wszelkim stereotypom. Jest ładna, ale ze wszystkimi swoimi tatuażami, kolczykami, a także wychudzonym ciałem nie stanowi obiektu pożądania. Biseksualna, chowająca w zakamarkach pamięci tragiczne historie z dzieciństwa. Te cechy bohaterów znamy aż nadto dobrze, ale w takim zestawieniu nie miała ich chyba żadna filmowa heroina. Wydaje się, że reżyser Niels Arden Oplev pozwolił pięknej Noomi Rapace na stworzenie tej postaci według prawideł rządzących kobiecymi nastrojami – Lisabeth jest często oschła, bezczelna i nieczuła, ale zachwyca nas równie mocno, gdy szuka ciepła i bliskości, ujawniając swoje słabości. Finał opowieści, niepotrzebnie zresztą hollywoodzki, świadczy o tym, że Lisabeth raczej nie powróci w kolejnych częściach (które nawiasem mówiąc powinny ukazać się już w Szwecji), a to wielka szkoda, bo z przyjemnością dowiedziałbym się więcej o pani Salander.

Piękne plenery Szwecji wprowadzają nas w skandynawski nastrój, a realizm, wręcz naturalizm, z jakim ukazane są akty przemocy napawa nas niepokojem. Tu krew jest krwią, a ślina śliną, tu śmiertelne rany nie wywołują na twarzy widza kpiącego uśmiechu. W ten sposób Oplev, idąc za myślą Stiega Larssona, pokazuje nam szwedzkie społeczeństwo jako spuściznę nazistów, dewiantów, ksenofobów i aspołecznych elit. Autor powieści zdemitologizował szwedzką współczesność, ale film jedynie wtrąca te tematy, a niektóre sceny wręcz odcinają się od polemiki na tak trudne tematy. Jakby chcąc zaprzeczyć postulatom Larssona, reżyser pokazuje w filmie postęp technologiczny, luksusowe pociągi, a nawet pięciogwiazdkowe wręcz więzienia. Szkoda, bo ten dysonans kłóci się z mocnym, socjologicznym obrazem, który nakreślił pisarz.

Może to i dobrze? Niełatwo jest przecież tworzyć rasowy, trzymający w napięciu kryminał, a zarazem socjologiczny portret współczesnego społeczeństwa. Dobrze, że udało się w stu procentach to pierwsze. To drugie niech będzie wisienką na torcie.

Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (Maen som hatar kvinnor); premiera: 27.02.09; reżyseria: Niels Arden Oplev; scenariusz: Nikolaj Arcel, Rasmus Heisterberg na podstawie powieści Stiega Larssona pod tym samym tytułem; obsada: Michael Nyqvist, Noomi Rapace, Peter Haber, Sven-Bertil Taube