Prawo zemsty

It’s going to be biblical.

Pomijając polskie tłumaczenie, którego idiotyzmu nie jestem w stanie przemilczeć, nie mogę absolutnie nic zarzucić najnowszemu filmowi F. Gary’ego Graya. Obraz ten jest najlepszą mieszanką suspensu, akcji i nieszablonowych rozwiązań scenariuszowych, jaką od dawna widziałem. Pisząc od dawna, mam na myśli naprawdę od bardzo dawna.

Gerard Butler wyrasta na prawdziwą megagwiazdę nie tylko kina akcji, ale i całego Hollywood. Rola Clyde’a Sheltona nie wymagała może jakichś szczególnych umiejętności, ale Butler zrobił ze swojego bohatera postać, która pewnymi cechami przypomina choćby Hannibala Lectera albo Johna Doe z filmu Siedem. Shelton to człowiek brutalny, nieobliczalny, wręcz psychopatyczny, ale ten człowiek jest wytworem systemu. Hasło system brzmi trywialnie, ale tu faktycznie ma uzasadnienie – bo to cały system społeczno-rządowo-prawny doprowadził do tego, że Shelton stracił żonę i córkę, a jeden ze sprawców tych zbrodni został wypuszczony. I teraz, jak mówi polski tytuł filmu, Clyde ma prawo do zemsty.

To, w jaki sposób główny bohater wprowadza swój misterny plan w życie, jak bawi się ze wszystkimi swoimi przeciwnikami, naprawdę robi wrażenie. I choć wszyscy zdajemy sobie sprawę, że tego typu historia w prawdziwym życiu nie mogłaby się zdarzyć, a los Sheltona jest z góry przesądzony, chłoniemy z ekranu każdą scenę, czekając na jeszcze więcej emocji w kolejnej. Jamie Foxx stara się, jak może, by dotrzymać kroku Butlerowi, ale to chyba jednak ten drugi jest w lepszej formie. Sposób, w jaki kończy się ten pojedynek, poddaje w wątpliwość wcześniejszy kunszt planu Sheltona i nieco rozczarowuje, ale nie może zdeprecjonować wrażeń, jakie daje ten obraz. Solidna rozrywka, w dodatku niepozbawiona inteligencji, co przecież normą nie jest. Oby więcej takich filmów.

Prawo zemsty (Law Abiding Citizen); premiera: 23.09.09; reżyseria: F. Gary Gray; scenariusz: Kurt Wimmer; obsada: Gerard Butler, Jamie Foxx, Colm Meaney, Bruce McGill