Wojna światów
Kategorie:

WOJNA ŚWIATÓW. Widowisko pełne bzdur

Avatar
Opublikowane przez Dawid M.

Jakoś tak się złożyło, że jak dotąd nie obejrzałem Wojny światów w całości. Gdzieś tam kiedyś zerknąłem przy okazji emisji w telewizji, może nawet kiedyś włączyłem na streamingu i zająłem się czym innym – w każdym razie jakoś nigdy nie ogarnąłem filmu Spielberga od A do Z. Gdy tym razem Wojna światów pojawiła się na mojej liście rekomendacji na Netfliksie, postanowiłem wreszcie obejrzeć ją w całości.

Wojna światów

Zabawny jest to film. Z jednej strony potwornie mroczny, wręcz przygnębiający, bo nawet barwy zdjęć Janusza Kamińskiego jakieś takie wyprane, płowe. Trudno odnaleźć w Wojnie światów cokolwiek pozytywnego, dającego choćby najmniejszą iskrę nadziei – dopiero w finale otrzymujemy promyk pozwalający myśleć o lepszym jutrze. Z drugiej jednak strony film Stevena Spielberga ma w sobie tak wiele idiotycznych, a czasem wręcz urągających inteligencji widzów rozwiązań fabularnych, że nie sposób Wojny światów traktować poważnie. A szkoda, bo realizacyjnie – jak to u twórcy Szczęk – jest to widowisko z najwyższej półki, trzymające tempo, umiejętnie kreujące dramaturgię nie tylko za sprawą słynnych Spielbergowskich najazdów kamery na to, co wcześniej dla widza niewidoczne, ale też odpowiednie równoważenie akcentów z konwencji kina katastroficznego z elementami dramatu rodzinnego.

Wojna światów

Bo Wojna światów opowiada przede wszystkim o prostolinijnym sztauerze Rayu Ferrierze (Tom Cruise), który musi zmierzyć się z inwazją najeźdźców z kosmosu właśnie wtedy, gdy wypada jego weekend z dziećmi, nastoletnim Robbiem (Justin Chatwin) i 10-letnią Rachel (Dakota Fanning). Od rozwodu Raya z Mary Ann (Miranda Otto) najwyraźniej musiało minąć sporo czasu, gdyż dzieciaki przy ojcu czują się co najmniej nieswojo, więcej sympatii niż jemu okazując nowemu partnerowi matki. Ray jest zresztą dość grubo ciosanym typem i z początku nie wzbudza sympatii, a już na pewno nie jest podekscytowany weekendem pełnym rodzicielskich wyzwań. Tymczasem już kilka godzin po przyjeździe dzieci główny bohater musi stanąć na wysokości zadania i podjąć próbę ucieczki z oblężonego przez tajemnicze i przerażające maszyny Nowego Jorku. Nawet w sytuacji zagrożenia Robbie i Rachel niespecjalnie zamierzają wykonywać polecenia ojca, ale z czasem – i wraz z kolejnymi zatrważającymi przeżyciami – więź pomiędzy tą trójką zacieśnia się, choć nawet wobec śmiertelnego zagrożenia Rayowi nie będzie łatwo zbliżyć się do swych dzieci.

Wojna światów

I chyba właśnie na poziomie przedstawienia tych niełatwych doświadczeń rodzicielskich można dostrzec największą wartość Wojny światów – poza oczywiście warstwą wizualną, która nawet dziś, po 16 latach od premiery widowiska Spielberga, robi spore wrażenie. Jedno, czego nie należy robić z Wojną światów, to analizować logiczności i spójności fabuły, gdyż doprawdy chyba żadne katastroficzne science fiction nie ma w sobie tylu dziur, idiotyzmów i nieścisłości. Jedyny działający samochód w cały Stanach? Jasne, to akurat pickup Ferrierów. Samolot spadający tuż obok domu, w którym ukrywają się Ferrierowie, ale pozostawiający samochód w stanie nienaruszonym? Pewnie, przecież to całkiem prawdopodobne. A może każemy nastoletniemu synowi głównego bohatera rzucić się w najbardziej niebezpieczne miejsce na całej Ziemi, przy niewypowiedzianej aprobacie ojca? Oczywiście, ma to sens, bo przecież w finale możemy pokazać, że nastolatek przeżył i w pojedynkę dostał się do Bostonu, gdzie przez całe dwie godziny usiłują dotrzeć bohaterowie. Tego typu niedorzecznych rozwiązań fabularnych jest tu znacznie więcej i mają one bardzo wyraźnie negatywny wpływ na odbiór filmu. Wojna światów byłaby znacznie lepsza, gdyby nie była tak… głupia.

Na plus trzeba zaliczyć Spielbergowi umiejętne przeniesienie paranoicznej atmosfery powieści H.G. Wellsa na ekran – oglądając wydarzenia na ekranie, niemal czujemy pętlę, która minuta po minucie zaciska się na gardłach bohaterów. Ostatecznie Wojna światów jest przyzwoitym blockbusterem w mrocznym wydaniu i o ile jesteście w stanie wyłączyć się na fabularne durnotki, możecie odczuć prawdziwą satysfakcję z tego seansu.

6/10

Tytuł: Wojna światów
Tytuł oryginalny: War of the Worlds
Premiera: 29.06.2005
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: Josh Friedman, David Koepp, na podstawie powieści H.G. Wellsa pod tym samym tytułem
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: John Williams
Obsada: Tom Cruise, Dakota Fanning, Miranda Otto, Justin Chatwin, Tim Robbins, David Alan Basche