Kategorie:

Wyścig z czasem

Andrew Niccol to prawdziwy specjalista od niewymagającego science-fiction. Jego opowieści (jest zarówno scenarzystą, jak i reżyserem) nie są skierowane do znawców fantastyki, ale raczej do masowego odbiorcy, umiarkowanie zainteresowanego tą tematyką, niezważającego na scenariuszowe luki i chcącego w przyjemny sposób spędzić czas przed ekranem. I właśnie takiemu widzowi spodoba się Wyścig z czasem.

Twórca filmu, nominowany do Oscara za scenariusz do Truman Show, ma naprawdę ciekawe pomysły. Idea czasu jako waluty ma w sobie ogromny potencjał, chociaż jest dość ryzykowna – historia na niej oparta wymaga przede wszystkim dobrego wprowadzenia i jeszcze lepszego dopracowania szczegółów. Wszystko po to, by dobrego konceptu nie udało się zbyt szybko obalić. Niestety, Niccol (a razem z nim jego producenci) prawdopodobnie uznali, że pomysł jest na tyle dobry, że obroni się sam. Nie obronił się.

Zanim jednak wyjaśnię dlaczego, zajmijmy się fabułą samą w sobie. Oto świat, w którym ludzie starzeją się tylko do 25 roku życia – potem ich ciała mogą być nieśmiertelne. Jest tylko pewien szkopuł – czas w dalszym ciągu gra rolę, bowiem stał się walutą, która może zagwarantować wieczne życie. Po osiągnięciu wieku granicznego, ma się jedynie rok życia na znajdującym się na przedramieniu genetycznym liczniku. Tę pulę można powiększać i pomniejszać, ale stanowi ona przede wszystkim jedyne środki do życia. Jednym z walczących o przetrwanie jest Will Salas (Justin Timberlake), któremu udało się przetrwać dopiero 3 lata z aktywnym licznikiem. Gdy ceny (wyrażane oczywiście w godzinach i dniach) zaczną rekordowo rosnąć, a wyczerpanie limitu czasu pozbawi życia jego matkę, Will postanowi dotrzeć do najbogatszych obywateli, by domagać się sprawiedliwości. Pomoże mu w tym niespodziewany podarunek…

Konstrukcyjnie Wyścig z czasem to klasyczna antyutopia – mamy tu pozorną idyllę (możliwa nieśmiertelność), niegodziwą grupę trzymającą władzę i donkiszotyzm głównego bohatera. Pomiędzy tymi niezbędnymi elementami brakuje jednak niekiedy odpowiedniego spoiwa. Nie dowiemy się na przykład, jaką rolę w tej historii odgrywa ojciec Willa, który wspominany jest co najmniej kilkukrotnie. Należało się spodziewać, jeśli nie całkowitego wyjaśnienia, to chociaż uchylenia rąbka tajemnicy. Niccol dopuścił się sporego uchybienia, wprowadzając wątek, który porzucił bez wyjaśnienia. Podobnie błaha jest miłostka głównych bohaterów – oparta na strzępach rozmowy i wspólnych niebezpiecznych przeżyciach. Nie ma żadnych, choćby wyjątkowo irracjonalnych, powodów, które tłumaczyłyby uczucie Timberlake’a i Amandy Seyfried. Kto uwierzy, że tych dwoje się kocha?

I choć podoba mi się apokaliptyczny nastrój filmu Niccola, to sama historia jest zbyt… sam nie wiem… hurra! Will i Sylvia wydają się być niezniszczalni, rabują banki niczym Bonnie i Clyde, a potem rozdają czas jak prawdziwy Robin Hood! A najpoważniejszym absurdem scenariuszowym jest to, w jaki sposób ludzie przekazują sobie czas – poprzez dotyk. Wydawać by się mogło, że jest to możliwe tylko przy pełnej świadomości dawcy, jednak gdy w jednej ze scen dochodzi do odebrania czasu przez sen, pojawia się pytanie – w jaki sposób nie przepływa on swobodnie przy zwykłym uścisku dłoni?

Internet aż kipi od wszystkich niedorzeczności, które pojawiają się w Wyścigu z czasem. Nie może służyć to za jednoznaczną ocenę tego, bądź co bądź, zupełnie przyzwoitego filmu akcji, ale świadczy o tym, jak uważnie widzowie oglądają, a jak nieuważnie filmowcy tworzą swe dzieła.

Tytuł: Wyścig z czasem
Tytuł oryginalny: In Time
Premiera: 26.10.2011
Scenariusz i reżyseria: Andrew Niccol
Zdjęcia: Roger Deakins
Muzyka: Craig Armstrong
Obsada: Justin Timberlake, Amanda Seyfried, Cillian Murphy, Olivia Wilde, Johnny Galecki, Alex Pettyfer, Vincent Kartheiser