Carandiru

Nikt z nas nie chciałby nigdy trafić do zakładu zamkniętego. Banał. Dlaczego więc tak chętnie oglądamy filmy o życiu po drugiej stronie krat? Dlaczego ja sam na liście ulubionych dzieł filmowych mam dwa filmy o tematyce więziennej, a francuski Prorok zdobył w zeszłym roku główną nagrodę jury w Cannes i nominację do Oscara? Bo to – w większości – znakomite obrazy. Przejmujące, interesujące, nade wszystko – przerażające. W ten kanon wpisuje się Carandiru, dramat o wielu twarzach w reżyserii Hectora Babenco.

Carandiru to miejsce autentyczne – było to ogromne więzienie w São Paulo, które istniało w latach 1956 – 2002. Jednocześnie swoje kary odbywało tam ok. osiem tysięcy więźniów, co sprawiało, że Carandiru było właściwie osobnym miastem, rządzącym się osobnym prawem i kodeksem moralnym. Inne wartościowanie nie jest niczym nowym, ale jeżeli na wiele lat trafia się do celi nie z kilkoma, a kilkunastoma więźniami, zrewidowanie priorytetów jest koniecznością.

Babenco opowiada o Carandiru oczami dra Varelli, który w tym właśnie więzieniu rozpoczyna uświadamianie osadzonych o zagrożeniu zarażeniem wirusem HIV. To, co widzi na miejscu, przerasta o stokroć jego wyobrażenia, ale nie wycofuje się ze swojej misji. Przeciwnie, przez więźniów traktowany jest jak autorytet – staje się powiernikiem morderców, złodziei i gwałcicieli. Obsadzenie lekarza w roli przyjaciela więźniów to zabieg, dzięki któremu reżyser w jednym filmie opowiada wiele historii – każda opowieść skazanego to osobna retrospekcja, nadająca niesamowitego kolorytu tej z zasady przygnębiającej opowieści.

Weźmy na przykład takiego Majestade – drobny złodziejaszek i oszust, który zakochał się w dwóch kobietach i z każdą chciał być równie mocno. To wpędziło go w ogromne tarapaty, których naturalną konsekwencją było osadzenie w Carandiru. Albo Deusdete – nastolatek, który trafił do więzienia za zabicie oprawców swej siostry, a w Carandiru spotkał Zico, z którym się wychował, a którego teraz próbuje wyciągnąć z narkotyków.

To wszystko przestępcy i nikt nie próbuje udawać niewinności. Kwitnie handel narkotykami, prostytucja, rozprzestrzenia się AIDS. A mimo wszystko dr Varella zostaje, by pracować z tymi ludźmi. Bo w gruncie rzeczy Ci źli, okropni przestępcy mają w sobie więcej wartości, niż obłudnicy na wolności. Bo na swój prymitywny, barbarzyński sposób potrafią odróżnić człowieka dobrego od złego.

Reżyser konsekwentnie buduje w widzu uczucie sympatii do jednych, a obrzydzenia do innych więźniów. Nieuchronnie jednak zbliża się katastrofa – po meczu piłkarskim więźniowie wszczynają bunt. Bunt nieprzygotowany, niesprecyzowany. Na miejsce przyjeżdżają dziesiątki ciężko uzbrojonych policjantów. Więźniowie poddają się, ale to nie powstrzymuje masowej pacyfikacji, w wyniku której liczba więźniów zmaleje o 111. Obudzona wcześniej w widzu sympatia tylko potęguje oburzenie spowodowane okrucieństwem policji. Rozstrzeliwani, masakrowani więźniowie, płynąca po schodach krew, a później piana ją zmywająca. Życie w Carandiru uległo zmianie.

To był rok 1992. W 2002 więzienie zrównano z ziemią. Rok później premierę miał film Babenco. Czyżby wcześniej nie mógł oddać hołdu zabitym z premedytacją więźniom?

Tytuł: Carandiru
Premiera: 21.03.2003
Reżyseria: Hector Babenco
Scenariusz: Hector Babenco, Fernando Bonassi, Victor Navas, na podstawie książki Estação Carandiru Dráuzio Varelli
Zdjęcia: Walter Carvalho
Muzyka: André Abujamra
Obsada: Luiz Carlos Vasconcelos, Milton Gonçalves, Ailton Graça, Rodrigo Santoro, Caio Blat, Wagner Moura, Maria Luísa Mendonça, Gero Camilo