AFF 2011: Czarny koń

Czarny koń to w potocznym języku cichy faworyt wyścigu, niedostrzegany przez wszystkich potencjalny zwycięzca. Abe, bohater Czarnego konia, najnowszego filmu Todda Solondza, chce widzieć siebie jako faworyta swoich rodziców, odpychając jednocześnie świadomość o własnej nieudolności. Nie wiadomo jednak, czy tytuł odnosi się do głównego bohatera, czy też do reżysera, którego bez wątpienia można było nazwać czarnym koniem krytyków amerykańskiego kina niezależnego.

Bywa, że uznany twórca swój znak firmowy, swój największy atut przekształca w porażkę. I choć nie mam najmniejszego zamiaru zwiastować nagłego końca Todda Solondza, to jednak jego Czarny koń, który otworzył drugą edycję American Film Festival, muszę uznać za prawdopodobnie jedną z najsłabszych pozycji w jego dorobku.

Bo gdy spod wszechobecnej ironii, bezczelnie prześmiewczych kwestii aktorów i czarnego humoru w filmie nie wyłania się już nic, trudno o uznanie widzów. Doceniam Czarnego konia pod kątem tematyki, którą porusza, choć tak naprawdę nie ma tu nic odkrywczego – Solondz postanowił raz jeszcze zakpić z niedojrzałych amerykańskich trzydziestoparolatków, którym brakuje odwagi, by wziąć życie we własne ręce i odłączyć się od rodziców. Portretuje ich jako inne zwierzęta o podobnej barwie – czarne owce społeczeństwa; takie, jaką w swojej rodzinie jest Abe.

Ks. Jan Twardowski powiedział kiedyś, że cierpienie to doświadczenie, które ma nam pomóc w dojrzewaniu. Główny bohater najnowszego filmu twórcy Palindromów zdaje się nie potwierdzać tezy postawionej przez wybitnego polskiego poetę. Owszem, cierpi ponad miarę – tak przynajmniej twierdzi – jednak nie przynosi to żadnych efektów. Abe cierpi z powodu niewłaściwego traktowania przez ojca i faworyzowanego brata, ale nie mobilizuje go to do działania. Niczym pasożyt, żeruje na ogromnej cierpliwości rodziców, z którymi mieszka, i nie robi nic, by swoje rzekome cierpienie ukrócić.

Do pewnego momentu wydaje się, że ktoś czuwa nad pulchnym protagonistą. O dom i pieniądze nie musi się martwić, bowiem rodzice zapewniają mu nie tylko dach nad głową, ale również zatrudnienie w rodzinnej firmie, a dodatkowo poznaje piękną, choć wyniszczoną życiem Mirandę. Abe, wiedziony myślą, że podobna okazja może się już nie powtórzyć, prosi o rękę zaskoczoną dziewczynę. Ta, mimo otwartej niechęci do niezbyt rozgarniętego mężczyzny, zgadza się, choć skrywa w sobie niejedną tajemnicę.

Trzeba przyznać, że Czarny koń zawiera istną galerię osobliwości, z wiecznie odurzoną lekami i nadzwyczaj szczerą Mirandą na czele. Niezwykłe gesty, przedziwne dialogi i wszechobecna ironia – oto, czym przede wszystkim operują bohaterowie filmu Solondza. Niekiedy aż chciałoby się posłuchać wyzbytej sarkazmu wymiany zdań, ale trzeba być cierpliwym – tu zdarzają się one nadzwyczaj rzadko. Nawet, gdy tragedia emocjonalna przeradza się w dramat okrutnie fizyczny, ocierająca się o absurd ironia króluje na ekranie. Aspirująca do miana czarnej komedii produkcja powinna starannie wyważać elementy humorystyczne z tragicznymi, a o tym najwyraźniej zapomniał reżyser.

Solondz potrafi skutecznie zagrać metaforą, o czym świadczy jedna z ostatnich scen w wielkim sklepie z zabawkami, jednak większa część filmu to po prostu męcząca szydera. Pozbawiony – zgodnie z obietnicą reżysera – kontrowersji Czarny koń z miejsca obnaża brak pomysłowości twórcy. Wszak o wiele trudniej jest zrobić prostą historię bez szokującego tematu u źródła fabuły. Pochwalić Solondza mogę za to za skompletowanie wyjątkowej obsady – zjawiskowa Selma Blair, Mia Farrow czy Christopher Walken są klasą sami dla siebie i zapewniają jakość mocno przeciętnemu tytułowi.

Urszula Śniegowska, dyrektor programowy American Film Festival, stwierdziła, iż Todd Solondz w swoich filmach celnie ukazuje, jak amerykański sen przerodził się w koszmar. Nie wiem, czy pani dyrektor faktycznie obejrzała Czarnego konia, ale tym razem to sen fanów reżysera stał się koszmarem.

Recenzja pierwotnie opublikowana w „Gazecie Młodych”.

Tytuł: Czarny koń
Tytuł oryginalny: Dark Horse
Premiera: 5.09.2011
Scenariusz i reżyseria: Todd Solondz
Zdjęcia: Andrij Parekh
Obsada: Jordan Gelber, Selma Blair, Mia Farrow, Christopher Walken, Donna Murphy, Zachary Booth, Justin Bartha, Aasif Mandvi