Choć może trudno w to uwierzyć, spośród filmów biorących udział w oscarowym wyścigu to właśnie najnowsze dzieło wydaje się być najbardziej amerykańsko-konserwatywne. Z drugiej strony bodaj tylko Lot jest chwilami tak nachalnie dydaktyczny i przewidywalny.

Trzeba też dodać, że najnowsze dzieło twórcy
Forresta Gumpa jest też filmem nienajlepiej zorganizowanym narracyjnie, pełnym wątków i postaci zupełnie przypadkowych, niepasujących, dodanych jakby na siłę w celu uzyskania dłuższego, oscarowego metrażu (większość nominowanych filmów z USA trwa ok. 150 min). To zaskoczyło – i zawiodło – mnie najmocniej, gdyż uważałem Zemeckisa za jednego z tych hollywoodzkich rzemieślników, którzy brak artystycznego szlifu zastąpili doskonałą umiejętnością opowiadania historii, zarówno tych niezwykłych, jak i tych najbardziej banalnych. Opowieść o pilocie niewielkiej linii lotniczej, który będąc pod wpływem alkoholu i narkotyków ratuje przed śmiercią w katastrofie samolotu ponad 90 osób, z pozoru gwarantuje wystarczający ładunek dramaturgiczny, by pochłonąć widza bez reszty. Niestety, niezrozumiałe zabiegi narracyjne Zemeckisa prowadzą do zakłócenia odbioru Lotu, który staje się kolejną produkcją ku czci jednego aktora – tym razem .

Choć jeden z najpopularniejszych czarnoskórych aktorów tworzy kreację wartą zapamiętania i nagrodzenia (nominacja do Oscara), to trudno oprzeć się wrażeniu, że film Zemeckisa jest niczym więcej niż laurką ku czci Washingtona. A przecież mógłby być, gdyby twórcy powstrzymali się od wprowadzania pewnych wątków, a pomijania drugich. Whip Whitaker, doświadczony, choć niestroniący od używek pilot, jest idealnym przykładem antybohatera, który z jednej strony dokonuje cudu ocalenia swych pasażerów, z drugiej zaś staje się obiektem śledztwa, które ma na celu zbadanie jego trzeźwości podczas katastrofy. Gdyby Zemeckis i scenarzysta spróbowali nieco więcej czasu i miejsca poświęcić samemu dochodzeniu, a nie kolejnym pijackim wybrykom Whitakera, Lot mógłby stać się filmem znacznie bardziej trzymającym w napięciu, ocierającym się o kino sądowe i bardziej rzeczowym.

Tymczasem możemy oglądać płytką znajomość bohatera i narkomanki Nicole (), która w cudowny sposób wychodzi z niszczącego uzależnienia, nie potrafiąc jednak pomóc swemu nowemu przyjacielowi. Obiecująco zapowiadająca się postać Harlinga Maysa, grana przez świetnego Johna Goodmana, pojawia się w filmie zaledwie dwukrotnie – bohater wzięty żywcem z Las Vegas Parano jest znakomitym smaczkiem, a jednocześnie klamrą spinającą wydarzenia mające miejsce po katastrofie. Te dwie postacie stanowią dowód irytującej nierówności filmu Zemeckisa, a jednocześnie potwierdzeniem, że doświadczony reżyser nie stracił zupełnie zmysłu kreowania znakomitych historii i bohaterów.

Gwoździem do trumny Lotu staje się jednak jego dydaktyzm i łopatologiczny, konserwatywny przekaz. Trudno pisać o nim, bez zdradzania ważnych elementów fabuły, ale jest on dostrzegalny bez trudu – w finale obserwujemy tryumf właściwych ideałów i cnót, zwycięstwo szlachetnej bohaterskiej postawy, a wszystko ku chwale wielkiej idei amerykańskiej państwowości i wolności. To smutne, ale propagandowy wydźwięk ostatnich scen Lotu przekreśla zupełnie wszelkie pierwiastki dobrego kina, jakie widz mógł dostrzec wcześniej. Jeszcze smutniejsze jest zaś to, że w demagogiczną puentę wydają się wierzyć zarówno Zemeckis, jak i Washington.

Tytuł: Lot

Tytuł oryginalny: Flight

Premiera: 14.10.2012

Reżyseria: Robert Zemeckis

Scenariusz: John Gatins
ZdjęciaDon Burgess

Muzyka: Alan Silvestri

ObsadaDenzel Washington, Kelly Reilly, Bruce Greenwood, John Goodman, Don Cheadle, Melissa Leo, Nadine Velazquez, Tamara Tunie

By

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *