Niespodziewany debiut, czyli mój pierwszy wyjazd do Cannes

cannes-2016

Choć nadal nie mogę w to uwierzyć, po raz pierwszy biorę udział w festiwalu filmowym w Cannes. Ten wyjazd organizowany był bardzo spontanicznie i bez konkretnego planu, dlatego dopiero na kilka godzin przed wyruszeniem w drogę postanowiłem wybrać tytuły, na które będę polować (czyt. przed seansami których będę stał w długich kolejkach). A że w programie tegorocznej edycji Cannes wprost roi się od wielkich nazwisk i długo oczekiwanych filmów, było z czego wybierać.

Najważniejszy jest umiar

Postanowiłem do tematu podejść z dystansem. Choć pierwszym odruchem jest chęć obejrzenia jak największej liczby głośnych tytułów, po chwili do głosu dochodzi rozsądek – Cannes to specyficzna impreza, która rządzi się pewnymi określonymi prawami. Jako dziennikarz akredytowany przez medium internetowe znajduję się na końcu łańcucha pokarmowego, czyli akredytacyjnej hierarchii, dlatego zaliczenie dwudziestu filmów w ciągu 5 dni może być po prostu niewykonalne. Zdecydowałem, że skupię się na pięciu tytułach, na których zależy mi najbardziej – i to one staną się moimi canneńskimi priorytetami. Wymieniam je w dowolnej kolejności, choć akurat ten najważniejszy pojawia się jako pierwszy.

after-the-storm

After the Storm, reż. Hirokazu Kore-eda

Po zeszłorocznym arcydziele, jakim w moim przekonaniu była Nasza młodsza siostra, stałem się absolutnym wyznawcą kina Kore-edy. Sposób, w jakim opowiada on o relacjach międzyludzkich, jest mieszanką melancholii, sentymentalizmu i ironii, przez co światy kreowane przez Japończyka wydają się niesamowicie bliskie, choć przecież geograficznie tak odległe.

Tytułowa burza odgrywa w najnowszym dziele Kore-edy kluczową rolę, gdyż to ona ma dać głównemu bohaterowi szansę, by odnowić relację z synem, od czasu rozwodu rodziców mieszkającym z matką. Japoński reżyser powraca do tematu ojcostwa i jestem pewien, że After the Storm będzie pozycją co najmniej tak dobrą, jak Jaki ojciec, taki syn.

loving

Loving, reż. Jeff Nichols

Nie dalej jak trzy miesiące temu poprzedni film Nicholsa ekscytował publiczność berlińskiego festiwalu, a tymczasem w Cannes premiera jego najnowszego dzieła, Loving. Jeden z najciekawszych współczesnych reżyserów amerykańskiego kina (już coraz mniej) niezależnego ponownie obsadził Joela Edgertona, który zagrał właśnie w szeroko dyskutowanym w Berlinie Midnight Special (na którego seanse niestety w Niemczech się nie załapałem), który – jeśli wierzyć zapowiedziom, odwdzięczył się Nicholsowi najlepszą rolą w karierze. Tytuł filmu to nazwisko bohaterów, o których opowiada – ciemnoskóra Mildred i biały Richard w latach 60-tych ubiegłego stulecia musieli walczyć o prawo do bycia rodziną, gdyż wówczas tzw. mieszane małżeństwa były potępiane i prześladowane. Historia tych dwojga zainspirowała Nicholsa do stworzenia filmu o prawdziwej sile miłości.

the-bfg

The BFG, reż. Steven Spielberg

Ostatnie dokonania Stevena Spielberga, delikatnie mówiąc, nie zachwyciły mnie. Czas wojnyLincoln czy Most szpiegów to filmy sprawnie zrealizowane, po spielbergowsku patetyczne, ale pozbawione błysku niegdysiejszego geniusza. Twórca E.T. to wciąż znakomity filmowiec – co do tego nie ma wątpliwości – ale w ostatnich latach Steven ewidentnie się zapętlił. The BFG (w Polsce będzie znany jako Bardzo Fajny Gigant) to jego szansa na przywrócenie blasku własnej karierze: oparta na powieści Roalda Dahla historia dobrodusznego wielkoluda i jego maleńkiej przyjaciółki to kino, jakiego coraz mniej we współczesnym świecie, dlatego wiążę duże nadzieje z najnowszą produkcją Spielberga. Bądź co bądź, niejednokrotnie udowodnił, że potrafi opowiadać nie tylko efektownie, ale i wzruszająco.

julieta

Julieta, reż. Pedro Almodóvar

W zasadzie mógłbym tu powtórzyć zdanie rozpoczynając poprzedni akapit – Pedro Almodóvar co prawda jeszcze w 2009 roku zachwycił nas Przerwanymi objęciami, ale już kolejne dwa jego filmy mocno rozczarowywały. Przyszedł już czas na rehabilitację i wszelkie znaki na niebie i ziemi zdają się sugerować, że tym razem nie będziemy zawiedzeni – Julieta ma być nawiązaniem do najlepszych bolesnych dzieł Almodóvara, ze Wszystko o mojej matce na czele. Historia tytułowej bohaterki, która po latach trafia na ślad zaginionej przed laty córki, zapowiada się jako niezwykle emocjonalne przeżycie i powrót reżysera do poważniejszych, rodzinnych tematów. Niektórzy już dziś stawiają nowe dzieło słynnego Hiszpana wśród faworytów wyścigu po Złotą Palmę, której – mimo czterokrotnej obecności w konkursie głównym – jeszcze nie zdobył.

la-fille-inconnue

La fille inconnue, reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne

Każdy reżyser na pewnym etapie swej kariery może przeżyć kryzys – mniejszy lub większy, ale przytrafia się wszystkim. Wszystkim, ale nie Dardenne’om. Miałem przyjemność obejrzeć większość dzieł dwukrotnych zdobywców Złotej Palmy i każde z nich jest małym dziełem sztuki. Wpisujący się w nurt społecznego realizmu bracia mają niesamowity dar opowiadania o trudach zwykłego życia, które przynosi niezwykłe scenariusze.

Najnowszy film Belgów to historia młodej lekarki, która stara się ustalić tożsamość tytułowej nieznanej dziewczyny, która zmarła wkrótce po tym jak odmówiono jej operacji. Niewiele więcej wiadomo na temat tej produkcji, ale nie ma to dla mnie znaczenia – wystarczy, że film ten wyszedł spod ręki braci Dardenne.


To oczywiste, że nie przyjechałem na kilka dni do Cannes po to, by obejrzeć zaledwie 5 filmów. Do tej listy dopiszę jeszcze m.in. I, Daniel Blake Kena Loacha i The Transfiguration Michaela O’Shea, dwa tytuły, które zobaczyłem tuż po przyjeździe. Ale nawet jeśli nie uda mi się dostać na premierę nowego Dolana czy Jarmuscha (bo wiem już na przykład, że podczas pierwszych pokazów The Neon Demon Nicolasa Windinga Refna już mnie w Cannes nie będzie), będę spełniony, jeśli uda mi się obejrzeć wspomnianą piątkę.