Połów szczęścia w Jemenie

Gdyby to Kristin Scott Thomas grała pierwszoplanową rolę w Połowie szczęścia w Jemenie, film Lasse Hallströma byłby fenomenalnym widowiskiem. Tymczasem jedna z najwspanialszych współczesnych aktorek, nie tylko brytyjskich, ale i światowych, zachwyca nas jedynie na drugim planie, a jej wysiłki nie wystarczają, by dość naiwny obyczajowy romans na dłużej zapadł w pamięć.

Thomas występuje w roli rzeczniczki premiera Wielkiej Brytanii, w której początek ma dość osobliwy projekt. Oto pewien nieprzyzwoicie bogaty szejk z Jemenu, zapalony wędkarz, wpada na pomysł zarybienia sztucznie stworzonego zbiornika wodnego w swoim kraju brytyjskimi łososiami. Dr Alfred Jones, urzędnik z Ministerstwa Rolnictwa i Rybołówstwa, od razu ucina ten pomysł, klasyfikując go jako niewykonalny. Nieugięta pozostaje jednak Harriet Chetwode-Talbot, reprezentująca interesy szejka w Wielkiej Brytanii. Spotyka się z doktorem, wykazując się wiedzą i zaangażowaniem, ale to dopiero wkroczenie rzeczonej reprezentantki rządu sprawi, że dr Jones – uosobienie szkockiego nudziarstwa – zgodzi się na udział w tej mission impossible.

Jak możecie się domyślać, w tym pokrzepiaczu serc będzie miejsce zarówno dla wielkich wzruszeń, jak i płonącego uczucia, a nawet sporej dawki politycznego humoru. Akcja budowana jest jednak niezwykle mozolnie, a główni bohaterowie nie zapewniają niestety odpowiedniej ilości interesujących dialogów czy konfrontacji, aby widz nie zauważył wolnego tempa. Fabuła, może i całkiem interesująca, została zbyt mocno wygładzona i ugrzeczniona. Nawet Patricia Maxwell, przebojowa pani rzecznik, swoje żarty nieco temperuje, choć aż prosi się, aby mocniej i w sposób lepiej przemyślany podkreślić antywojenny przekaz.

Bo właśnie akcenty wymierzone przeciwko wojnie wydają się być najbardziej sztucznie wplecione w tę historię. Simon Beaufoy w swym scenariuszu kpi z medialnego szumu, jaki potrafi wywołać każdy strzępek wiadomości z Afganistanu, ale nie zadaje sobie trudu, by temat rozwinąć. Bohaterka, której ukochany umiera gdzieś w piaskach pustyni, rozpacza, ale nie ma w niej wściekłości na rząd czy na bezmyślność konceptu wojny. Nie ma, a być powinny.

Dobrze ogląda się Ewana McGregora w roli szkockiego nudziarza, który w końcu zdaje sobie sprawę z tego, jak pospolite stało się jego życie. Śliczna Emily Blunt w roli Harriet rozświetla ekran, ale potrzebnej między tą dwójką chemii zupełnie zabrakło – trudno uwierzyć w zmieniające losy bohaterów uczucie, skoro niemal go nie widać. W dyskursie medialnym Połów… kreowany był na komedię romantyczną, a może nawet prawdziwy romans, jednak bez namiętności głównych bohaterów niemożliwym staje się zaklasyfikowanie dzieła Hallströma do tej drugiej kategorii.

Historia łososi w Jemenie przynosi również pewną dysproporcję aktorską. Swój zachwyt nad brawurową kreacją Scott Thomas wyraziłem już aż nadto, natomiast na przeciwległym biegunie umiejscowiłbym postać szejka, w którego wcielił się Amr Waked. Nie należy tu szukać winy aktora, jednak zamożny pomysłodawca projektu okazuje się szarmanckim, złotoustym intelektualistą, swoje myśli wyrażającym raczej w aforyzmach i wierszem, niźli potoczną mową. Trudno wierzy się w historię opartą na tak nieskazitelnych bohaterach.

Najnowszy film Hallströma ma w sobie pewną newage’ową naiwność, coś w rodzaju pożywki dla wewnętrznej karmy. Wpisuje się w nurt kina niewymagającego, a mającego na celu mobilizację widzów do działania, do poszukiwania siebie i ogólnie pojętej wiary. Z definicji na tego typu zabiegi reaguję alergicznie, dlatego Połów szczęścia w Jemenie, pomimo aktorstwa na wysokim poziomie, trudno uznać za film szczególnie udany.

Tytuł: Połów szczęścia w Jemenie
Tytuł oryginalny: Salmon Fishing in the Yemen
Premiera: 10.09.2011
Reżyseria: Lasse Hallström
Scenariusz: Simon Beaufoy, na podstawie powieści Paula Tordaya
Zdjęcia: Terry Stacey
Muzyka: Dario Marianelli
Obsada: Ewan McGregor, Emily Blunt, Kristin Scott Thomas, Tom Mison, Rachael Stirling, Amr Waked, Conleth Hill