Whatever Works

Woody Allen znów w formie. Po słabym Śnie Kassandry i wcale nie tak dobrym (a na pewno nie tak allenowskim) Vicky Cristina Barcelona czołowy cynik Hollywood znów uraczył nas opowieścią o szczęściu i niespodziankach w życiu. Tym razem ułożył ją ze słów zgryźliwego tetryka o IQ 200. Whatever works to po polsku cokolwiek działa, a najnowszy film Allena działa znakomicie.

Nie polubicie Borisa Yellnikoffa (bardzo przekonywujący Larry David) – to wredny, odizolowany, cyniczny, zadufany w sobie geniusz, który otarł się o Nagrodę Nobla, ale i próbował popełnić samobójstwo. Czas spędza na dzieleniu się swymi negatywnymi do granic poglądami ze swoimi kumplami i sąsiadami, a także wyżywając się na dzieciakach, których rodzice zapłacili mu za lekcje gry w szachy. Ale jedno wydarzenie, jeden przypadek zmienia jego marny żywot. Diametralnie.

Oto bowiem Borisa zaczepia Melody SaintAnne Celestine – bezdomna, brudna, choć bardzo ładna młoda dziewczyna, która prosi go o pomoc i schronienie. Zaskakując pewnie samego siebie, Boris bierze dziewuchę pod swój dom, choć dla jej inteligencji ma tylko pogardę.

Wspólne mieszkanie Borisa i Melody to przede wszystkim przyczynek do dziesiątek znakomitych, przezabawnych dialogów. Allen po mistrzowsku zestawia naznaczone latami marazmu poglądy zgorzkniałego mężczyzny z czystym niczym tabula rasa umysłem białogłowy, która z wielkim szacunkiem traktuje na wskroś defetyczne opinie Borisa. Naiwność Melody, prostej miss nastolatek z południa Stanów, jest naturalnie przerysowana, ale jednocześnie niezwykle urocza. Ten urok usidli wreszcie Borisa, który doceni wszystkie zalety Melody i to, jak wiele wniosła do jego smutnego życia.

W Whatever works wokół pary głównych bohaterów pojawia się wiele postaci pobocznych, które sprawiają, że Melody dochodzi do wielu nowych, a co najważniejsze zupełnie swoich, wniosków. Przy okazji, jak sama mówi w jednej ze scen, wyraźnie dojrzewa, co z pewnością jest zasługą Borisa. Ku jego jednak nieszczęściu, Melody poznaje innego mężczyznę, reprezentanta swojego pokolenia, a razem z nim radość życia i nowe, zupełnie optymistyczne spojrzenie na świat. Zaczyna rozumieć nieszczęśliwe małżeństwo rodziców, którego rozpad pozwolił im na uwolnienie tłamszonych przez lata prawdziwych pragnień. I tak matka po rozstaniu z mężem zostaje żyjącą w trójkącie z dwoma mężczyznami artystką-fotografką, a ojciec Melody odnajduje w sobie geja. Dziewczyna postanawia więc podążyć za pragnieniem, by nie przespać swego życia. I nawet zdrada nie jest tu piętnowana, co akurat jest normą w filmach niewiernego Allena. On chyba już do końca życia będzie nas przekonywał, że zdrada to nic takiego.

I tylko Boris się nie zmienia. Wciąż jest złośliwy i zadufany, wciąż w dobroć ludzką nie wierzy. Ale w dalszym ciągu wierzy w jedną, niezbywalną myśl – cokolwiek daje Ci szczęście, rób to.

PS. Oglądanie Evan Rachel Wood to czysta, niekłamana przyjemność. Mam nadzieję, że stanie się nową muzą Woody’ego, bo pasuje do jego filmów idealnie. Chcę więcej!

Whatever works; premiera: 22.04.09; reżyseria: Woody Allen; scenariusz: Woody Allen; obsada: Larry David, Evan Rachel Wood, Patricia Clarkson, Ed Begley Jr., Henry Cavill