NIEDOPATRZENIE #12: Pewnego razu… w Hollywood

Zamiast recenzji jednego z najgorętszych tytułów sezonu – 12. odcinek NIEDOPATRZENIA! Razem z Maćkiem Niedźwiedzkim dyskutujemy o Pewnego razu… w Hollywood, najnowszym dziele Quentina Tarantino i o tym, dlaczego jest… nieudane!

Once Upon a Time in Hollywood

Dawid: Maćku, Ty miałeś okazję obejrzeć Pewnego razu… w Hollywood w Cannes, mnie – ze względów rodzinnych – nie było już wtedy na festiwalu. Powiedz mi proszę, jakie nastroje panowały wśród dziennikarzy po seansie? Bo Ty, jak wnoszę po Twojej recenzji na Film.org.pl, najnowszym filmem Tarantino byłeś zachwycony.

Maciek: Gigantyczny hype przełożył się na równie gigantyczne kolejki, jakich jeszcze nigdy na festiwalu w Cannes nie widziałem – a jeżdżę tam nieprzerwanie od 2015 roku. W dzień premiery stałem w kolejce przez cztery godziny (ostatecznie nie dostawszy się na seans), nazajutrz drugie tyle. I co do takiej otoczki to tak: spełniło się jedno z moich największych kinofilskich marzeń, czyli obejrzenie filmu Tarantino w Cannes i napisanie recenzji tego dzieła. Nie żałuję więc ani chwili spędzonej w kolejce. Z drugiej jednak strony mam teraz wrażenie, że aura uczestnictwa w tym wielkim wydarzeniu stłumiła nieco mój krytyczny zmysł. I teraz z dziewięciu gwiazdek, które przyznałem Pewnego razu… w Hollywood w recenzji dla Film.org.pl, uciąłbym pewnie cztery. Im dłużej o tym filmie myślę tym bardziej jałowy mi się wydaje. Bo może spróbujmy powiedzieć (czy w ogóle się da?) O CZYM to jest film?

Dawid: Bezapelacyjnie warunki obcowania z takim dziełem – raz, że Tarantino; dwa, że w 25. rocznicę premiery Pulp Fiction – musiały mieć wpływ na jego odbiór. Ale gdybym miał podsumować krótko o czym jest ten film, napisałbym: o Hollywood końca lat 60. A gdyby ktoś zapytał mnie o szczegóły tej historii, nie umiałbym ich podać, bo w najnowszym filmie Tarantino historii… po prostu nie ma.

Maciek: Ja bym nie powiedział z takim przekonaniem, że ten film opowiada o Hollywood lat 60. Raczej: że dzieje się w Hollywood lat 60. Tarantino nie tematyzuje tych produkcyjnych przemian. Więcej uwagi poświęca prężącemu muskuły i zmieniającemu antenę telewizyjną Bradowi Pittowi niż zmianom w kinie. Pierwsze dwie godziny tego filmu można wycinać / przecinać / przestawiać i nic by to nie zmieniło.

Once Upon a Time in Hollywood

Dawid: Na pewno jest o tej konkretnej epoce: są tu hipisi, jest temat wojny w Wietnamie, jest mowa o Dziecku Rosemary i kilku innych dziełach tego okresu. Okoliczności i kontekst odgrywają tu znaczącą rolę. Zgodzę się natomiast, że nie ma tu żadnej pogłębionej diagnozy / analizy Hollywood tamtych czasów – ale chyba też wcale nie miało jej tu być. Tarantino dość pretekstowo wybiera pewne wydarzenia z tamtych czasów, by dać upust swojej miłości dla amerykańskiego kina przełomu lat 60. i 70. Zapomina jednak, że dobry film powinien mieć historię, która się broni. A w Pewnego razu… w Hollywood jest dużo pięknych obrazków i klimatu tamtych czasów, ale nie ma krzty fabuły.

Maciek: Nie chcę generalizować, ale to jest chyba jakiś trend we współczesnym kinie. Pewnego razu w… Hollywood kojarzyło mi się z La La Land czy, tak jak sugerował sam Tarantino, z Romą. Mniejsza o to jak oceniam jeden, drugi czy trzeci tytuł, ale jestem pewien, że filmy Chazelle’a i Cuaróna miały jednak bardziej dynamicznych, zmieniających się bohaterów. Pewnego razu…w Hollywood nie ma natomiast nawet dramatycznych bohaterów – nie ma tu z kim się związać, komu kibicować.

Dawid: Trudno mi się odnieść do tego porównania: Roma to dla mnie jeden z najbardziej przereklamowanych filmów dekady, podczas gdy La La Land wielbię ponad wszystko – wbrew, znanym mi skądinąd, Twoim odczuciom. Tam jednak chodziło o pewną zamkniętą historię – w jednej uboga służąca walczyła o godność w trudnych dla Meksyku czasach, w drugiej para artystycznie uzdolnionych jednostek zaprzedawała swą miłość karierze. A u Tarantino? Jest tu parę osobników z filmowego światka, którzy próbują utrzymać się na powierzchni. Czy kogokolwiek to obchodzi? Trudno powiedzieć, ale mnie: na pewno nie.

Maciek: Moje porównanie wzięło się stąd, że chyba zgodzimy się, że La La Land, Roma i Pewnego razu… w Hollywood to nie są klasycznie rozumiane fabuły. Ciężar i proporcje są nietypowo rozłożone. Chodzi przede wszystkim o budowanie pewnego klimatu, roztaczanie takiej kinofilskiej aury, stylizację i powolne narracyjne tempo. W przypadku Pewnego razu w… Hollywood to wszystko osiąga ekstremalny poziom – zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi filmami reżysera. Jeszcze innym problemem jest to, że ten film ma pewien handicap: bo to przecież Tarantino i on sobie może. Każdy widz czy, nie daj borze, krytyk będzie przymykał oko na te nudziarstwa i tę statyczność i będzie doszukiwał się jakichś znaczeń, referencji, symboliki, drugiego dna. Albo stwierdzi, że jeśli to Tarantino, to jemu wolno nawet lać wodę przez dwie godziny. Wyobrażasz sobie, gdyby pod tym samym filmem podpisał się ktoś mniej znany? Przecież nikt by wtedy tego nie wytrzymał! A tak mamy niemal nietykalnego Tarantino, więcej niż dobrą realizację i te gwiazdeczki – 9/10, 10/10 – lecą jedna za drugą.

Once Upon a Time in Hollywood

Dawid: Tak, spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że Tarantino nakręcił „najbardziej nowohoryzontowy film w karierze” – co oczywiście jest ukłonem w stronę wrocławskiego festiwalu, podczas którego odbyła się jedna z nielicznych przedpremier Once Upon a Time… Nie chciałbym jednak, żeby pewne braki tego filmu umknęły w aurze pobłażliwości – kilka lat temu pomstowano na Nienawistną ósemkę, która – według mnie – była prawdziwym arcydziełem w porównaniu z najnowszym dziełem Tarantino. Tam przecież o coś chodziło – był zamknięty krąg postaci, były zależności, napięta atmosfera i suspens, który nadawał smaczku całej fabule. W Pewnego razu… w Hollywood nie ma żadnego konfliktu, problemu do rozwiązania, żadnej tajemnicy, która fascynowałaby widzów. Gdy natomiast, już pod koniec przydługiego metrażu, na moment pojawia się fascynacja ekranowymi wydarzeniami, Tarantino galopuje do finału, który wydaje się tyleż typowy dla tego reżysera, co rozczarowujący. Widzowi pozostaje uczucie ogromnego niedosytu, choć podejrzewam, że w tym całym zamieszaniu najbardziej uradowany jest Tarantino, który najnowszym filmem zrobił dobrze przede wszystkim sobie.

Maciek: Zrobił sobie bardzo dobrze. Chyba najsilniejszym tego świadectwem są te wielominutowe partie z planu westernu z Rickiem Daltonem / Leonardo DiCaprio w roli głównej. Jak one się odnoszą do całości? Jak ją uzupełniają? Co wnoszą? Są potrzebne tylko do tego, by unaocznić odrobinę gorszy moment w aktorskiej karierze Ricka? Czy ucierpiałbyś jakby ich w ogóle nie było? O ileż poznawczo ciekawsze byłoby chociaż przyjrzenie się jak Cliff i Dalton funkcjonowali na planach spaghetti westernów (niestety opis tego okresu Tarantino zamyka nudnym komentarzem z offu). Ten film jest ciągłą zapowiedzią czegoś, gdy tymczasem widz nieustannie w myślach wysyła prośby do twórców: „okej, rozumiem sytuację, poznałem otoczenie, rozpoznaję bohaterów i wiem kim są – jedźmy już jednak do przodu, Quentin, zawiązuj akcję! Wprowadzaj stawkę! Sygnalizuj jakiś problem! Zmierzaj dokądkolwiek!” Ten następny krok jednak nie następuje i tkwimy w jednym punkcie. Albo – tak jak napisałeś – następuje, ale zdecydowanie zbyt późno.

Dawid: Jest w tym filmie sporo sekwencji, które są sztuką dla sztuki – te właśnie rozkminy Ricka Daltona, wycieczka Cliffa na hipisowskie ranczo… Zamiast poświęcać czas relacji Ricka i Cliffa, która sama w sobie byłaby szalenie ciekawa, Tarantino mnoży sceny poświęcone im jako osobnym postaciom. Prawda tymczasem jest taka, że żaden z nich nie jest bohaterem wartym naszej uwagi – ewentualnie drugi z nich, grubo ciosany kaskader o kowbojskim uroku, wydaje się interesujący, choć nie na tyle, by pociągnąć tę nieistniejącą fabułę. A wymuszona przewrotność, na którą wreszcie zdobywa się Tarantino, pasuje tu jak wół do karety. Tak jakby Quentin pod koniec zdjęć zorientował się, że właściwie zapomniał włożyć do OUATIH jakąkolwiek historię. To super, że są w dzisiejszych czasach filmowi autorzy, którym daje się prawdziwą wolność twórczą, ale Pewnego razu… w Hollywood pokazuje jednak, że nie zawsze z tej wolności rodzą się arcydzieła.

Once Upon a Time in Hollywood

Maciek: Święte słowa. Nie odmówię OUATIH realizacyjnego uroku, klasy i klimatu (te kolory, ta pływająco-latająca po ulicach LA kamera, te dźwięki otoczenia!), nie odmówię też dobrych aktorskich ról i pojedynczych momentów (i DiCaprio, i Pitt mają ich kilka), ale nie ma to wszystko celowości i uzasadnienia. To porozrzucane przez Tarantino puzzle, których nie ma sensu składać w jedną całość. W tym przypadku warsztatowa perfekcja to zdecydowanie za mało, zwłaszcza przy takim niekończącym się metrażu. Ładne widoczki ładnymi widoczkami. Dobre kino musi opierać się przede wszystkim na narracyjnych konkretach, bohaterach i wciągającej intrydze. Nowy film Tarantino nie ma ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego. Niestety, z początkowego 9/10, które przyznałem w popremierowych emocjach, muszę zejść do 5/10.

Dawid: Pewnego razu… w Hollywood to ogromny zawód głównie dlatego, że dotychczas Quentin Tarantino znany był z doskonale napisanych historii i bohaterów – w końcu to właśnie za scenariusze do Pulp Fiction i Django otrzymał swoje 2 Oscary! Swoim najnowszym dziełem zdecydowanie idzie pod prąd, ale nawet jeśli świadomie wybrał tę „pływającą” formę, ja tego zupełnie nie kupuję. Nie żałuję obejrzenia OUATIH, będę nawet kibicował, żeby Bradowi Pittowi skapnęły jakieś nominacje za rolę drugoplanową, ale to pierwszy film Quentina Tarantino, do którego raczej nie będę miał ochoty wracać. Może kiedyś obejrzę go na VOD z żoną albo kumplem, ale wyłącznie dla towarzystwa, a nie z autentycznej chęci powtórzenia widzowskiego doświadczenia – jak to bywało z wcześniejszymi dziełami QT. Siedząc na sali podczas seansu, myślałem, że naciągnę Quentinowi ocenę do szósteczki, ale uczucie rozczarowania było tak dojmujące, że nie mogę dać więcej niż 5/10.

Maciek: To prawda ten film ma znikome „replay value”. Regularnie wracam do wielu scen z filmografii Tarantino (otwarcie Bękartów, taniec Johna Travolty z Umą Thurman czy monologi Christophera Walkena w Pulp Fiction czy DiCaprio z czaszką niewolnika w Django). W przypadku Pewnego razu w… Hollywood naprawdę nie widzę tego potencjału. Szkoda.

———————————

Maciej Niedźwiedzki – krytyk filmowy, redaktor portalu Film.org.pl, niezrównany znawca filmów animowanych. O sobie pisze tak:

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydziełoczyli Tajemnice Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą trylogię Toy Story. Od dłuższego już czasu w redakcji Filmorgu. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i, co roku w maju, festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

OCENY

Dawid: 5/10
Maciek: 5/10*

* Po niedawnym powtórnym seansie Maciek nieco łagodniej ocenił Pewnego razu… w Hollywood – wspominał coś o 6,5/10… – ale uznał, że wszystkie wnioski, które zawarł w tym odcinku NIEDOPATRZENIA pozostają w mocy i nieco łagodniejsza ocena byłaby jedynie wynikiem ponownego zanurzenia się w niesamowitym, bądź co bądź, klimacie filmu Tarantino.