Cannes 2018 #3: Zimna wojna

Bańka napompowana była do niemożliwych rozmiarów – w końcu to pierwsza od dziesięcioleci polska produkcja w konkursie głównym w Cannes. Na dodatek jego autorem jest Paweł Pawlikowski, jedyny nasz rodak, który zdobył Oscara za film pełnometrażowy. Sukces Idy wciąż jest świeży w naszej pamięci, dlatego gdy fani kina w Polsce dowiedzieli się, że Zimna wojna powalczy o Złotą Palmę, zapanowała wśród nich prawdziwa euforia. I ja tę euforię muszę teraz niestety zgasić.

Zimna wojna to dzieło o wielkim potencjale, z którego wykorzystano zaledwie ułamek. Ten znikomy procent to warstwa formalna, czyli ukochane przez Pawlikowskiego już w Idzie czarno-białe, pięknie skomponowane kadry w formacie 4:3 (ich autorem ponownie Łukasz Żal). Ale jeśli owych ujęć nie wypełniają postacie z krwi i kości, lecz ledwie ich zarysy, to nie można mówić o wielkim kinie. Zimna wojna chce opowiadać o miłości w ciężkich, powojennych czasach, ale tej miłości jest tu jak na lekarstwo – bo choć mnóstwo jest tutaj zachowań i gestów udających miłość, Pawlikowskiemu zabrakło pomysłu, by uwiarygodnić uczucie głównych bohaterów.

Kadr z filmu "Zimna wojna"

A punkt wyjścia był interesujący: oto Wiktor (Tomasz Kot), uzdolniony pianista i dyrygent, wraz ze znajomą choreografką (Agata Kulesza) w 1949 roku objeżdża prowincjonalną Polskę na zlecenie partii. Cel? Narodowy casting na członków i członkinie ludowego zespołu pieśni i tańca Mazurek, który w trudnych czasach ma motywować rodaków do sumiennej pracy na rzecz wspólnego dobra. Podczas przesłuchań Wiktor wyławia z tłumu Zuzannę zwaną Zulą (Joanna Kulig). Dziewczę ma nie tylko talent wokalny i taneczny, ale i temperament, co mężczyzna zauważa od pierwszego kontaktu z blondwłosą śpiewaczką. Mimo sporej różnicy wieku, Wiktor i Zula szybko nawiązują romans, który…

No właśnie – który co? Ów romans Pawlikowski zawiązuje tak szybko i nagle, że nie mamy szansy ocenić, na ile tych dwoje do siebie pasuje. Jak wyglądają ich spotkania? Czy ktoś wie o ich związku? Czy planują wspólną przyszłość? Tego możemy się jedynie domyślać, bo w Zimnej wojnie zdecydowanie więcej czasu ekranowego (jakieś 40% całości) dostają sekwencje wokalno-taneczne, nie zaś fabularne. Postaci zostają ledwie zarysowane, ich relacja zaprezentowana zdawkowo i bez żadnej głębi. Jesteśmy za to świadkami scen wyciętych z historii związku Wiktora i Zuli (zmontowanych zresztą bardzo siermiężnie, z obowiązkową czarną planszą po każdym cięciu), a zamiast opowiadać nam trochę więcej o bohaterach i ich burzliwym uczuciu, Pawlikowski rzuca nas po różnych zakątkach Europy: od Polski przez Berlin i Paryż aż do Jugosławii, kilkunastoletni związek głównych bohaterów starając się zamknąć w niespełna półtoragodzinnym metrażu.

Efekt? Znakomicie udźwiękowiona i sfotografowana wydmuszka, w której wielka miłość i antysystemowy protest funkcjonują nie w centrum, lecz gdzieś poza nawiasem opowiadanej historii. Znakomity zwykle Tomasz Kot zupełnie nie zaangażował się w tę rolę, a Joanna Kulig – choć dużo lepsza – interesująco wypada tylko wtedy, gdy przeklina. Ale czy na tym buduje się wielkie aktorskie kreacje? Im bliżej końca, tym Zimna wojna staje się bardziej nieznośna w epatowaniu pięknie skrojonymi, ale opartymi na wyświechtanych rozwiązaniach scenami. Zawiodłem się na filmie Pawlikowskiego, bo ta opowieść mogła trafić do kanonu nie tylko polskich, ale być może i światowych historii miłosnych. Tymczasem naszemu reżyserowi pomysłu starczyło jedynie na zainscenizowanie wokalno-tanecznych popisów, które wielką miłość w trudnych czasach zepchnęły na margines.

5/10

Tytuł: Zimna wojna
Premiera: 11.05.2018
Reżyseria: Paweł Pawlikowski
Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Janusz Głowacki
Zdjęcia: Łukasz Żal
Obsada: Tomasz Kot, Joanna Kulig, Agata Kulesza, Borys Szyc