Czarna Pantera

Wakanda! Po seansie Czarnej Pantery mam ochotę biegać z włócznią i głosić światu dobrą nowinę o mitycznej afrykańskiej krainie, skąd pochodzi tytułowy bohater filmu Ryana Cooglera. Przyznam, że zwiastuny nie przekonały mnie wystarczająco i na seans wybrałem się głównie po to, by się rozczarować, ale tym razem rozczarowanie było wyjątkowo pozytywne. Czarna Pantera nie ustrzegła się wad,  ale wkroczyła do Marvel Cinematic Universe z brawurą, którą ostatnio oglądaliśmy przy okazji pierwszej części Strażników Galaktyki.

Jednego można było być pewnym – że w historii króla T’Challi (Chadwick Boseman), władcy będącej zagadką dla świata krainy Wakanda, kryje się potencjał na niesamowite widowisko. Tyle że materiały wideo promujące Czarną Panterę były sztampowe, zrobione jakby od niechcenia, dlatego można było mieć obawy o film Cooglera. Tym bardziej, że Black Panther to heros wciąż bardzo świeży w MCU – pojawił się jedynie w Wojnie bohaterów – a przez to nie do końca sprawdzony. O ile jednak w trzeciej części przygód Kapitana Ameryki T’Challa był postacią drugoplanową i pewną ciekawostką, o tyle w swoim samodzielnym filmie urasta do rangi jednego z najbardziej interesujących superbohaterów w kinowym uniwersum Marvela, w czym duża zasługa jego pochodzenia. Chciałoby się rzec: Wakanda to nie miejsce, to stan umysłu i w stwierdzeniu tym nie byłoby wiele przesady. Schowana gdzieś w afrykańskim buszu kraina, zawdzięczająca swą wyjątkowość złożom niezniszczalnego metalu wibranium, zekranizowana została na wzór Pandory z Avatara, choć pozaziemską rasę Na’vi zastąpiono tu bardzo ziemskimi Afrykanami. Jednak tak, jak w filmie Camerona, nieznana szerzej antyczna cywilizacja garściami czerpie z dobrodziejstw natury, która dosłownie „zasila” zarówno ziemię, po której stąpają tubylcy, jak i ich samych. I podobnie jak w Avatarze, w Czarnej Panterze na pierwszy plan wysuwa się honor.

Honor przez duże Ha; co ja mówię! WIELKIE HA! Ha tak wielkie, że Avengers Tower to przy tym nim zwykłe bungalow. Właśnie to jest jednym z głównych czynników napędzających fabułę Czarnej Pantery. Fabułę, dodajmy, dość przewidywalną jak na tego typu kino – umiera władca, jego miejsce przejmuje szlachetny syn, który szybko przekonuje się o tym, że rządzeniem krajem to nie taka znowu bułka z masłem. T’Challa to jednak mądry i szlachetny gość, który nawet w obliczu potencjalnej porażki pozostaje wierny tradycji i obyczajom. Poczciwy władca Wakandy nie jest jakoś szczególnie interesującą postacią Marvela – nie jest zadziorem ani szaleńcem, nie ma szemranej przeszłości ani wątpliwego pochodzenia. Jego domem jest jednak jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc powstałych na kartach komiksu i trzeba przyznać, że Coogler i jego zespół doskonale oddali barwny i wyrazisty charakter Wakandy. Właśnie dzięki niesamowitości afrykańskiej ojczyzny Czarnej Pantery ten film stanowi rewelacyjne widowisko – rytuały, dworskie obyczaje i niesamowite zaawansowanie technologiczne czynią z tego miejsca istny fenomen, który równie dobrze mógłby być jedynym powodem, dla którego warto zobaczyć Czarną Panterę.

Co ciekawe, najnowszy film Marvel Cinematic Universe jest niemal zupełnie oderwany od pozostałych elementów tego świata, co na tym etapie zaawansowania MCU jest wyjątkiem. Wprawdzie znajdziemy tu retrospektywne sceny śmierci króla T’Chaki pochodzące z Wojny bohaterów, a jedną z postaci drugoplanowych jest tu agent Everett Ross (Martin Freeman), który także pojawił się w ostatniej części serii o Kapitanie Ameryce, ale na tym powiązania z resztą MCU się kończą. Czarna Pantera to dzieło wyjątkowo samodzielne jak na ostatnie standardy Marvel Studios i jako takie wypada bardzo przyzwoicie – opowiedziana tu historia nie powala może świeżością (T’Challa kontra pretendent do tronu, a w tle wątki odpowiedzialności moralnej i zemsty na złodzieju wibranium), ale sprawia wrażenie spójnej i takiej… komiksowej. Trudno wyjaśnić, co mam na myśli poprzez ten ostatni przymiotnik, ale Czarna Pantera to film równie przystępny, co zwykły komiks: lekki, efektowny, zachęcający do sięgnięcia po podobne pozycje. T’Challa płynnie wprowadził się do marvelowskiego uniwersum, choć większość widzów pewnie chętniej obejrzałaby kolejne przygody kobiecych postaci filmu Cooglera: generał Okoye (Danai Gurira), siostry króla Shuri (genialna Letitia Wright!) czy jego ukochanej Nakii (Lupita Nyong’o), a być może nawet nieco głupawego krajana Czarnej Pantery, Mbaku (Winston Duke).

Czarna Pantera to barwny, dynamiczny, porządnie zrealizowany film superbohaterski, w którym ważniejsze od biografii tytułowego herosa są jego współczesne wyzwania i dylematy moralne. Podobnie jak Doktor Strange czy Ant-Man, dzieło Cooglera wzbogaca drugi garnitur bohaterów Marvel Cinematic Universe, zapewniając solidną rozrywkę i wartościowe uzupełnienie dla dotychczasowego uniwersum. Oby twórcy Czarnej Pantery, podobnie jak James Gunn w przypadku przywoływanych we wstępie Strażników Galaktyki, potrafili utrzymać tę barwną brawurę także przy okazji kolejnych podróży do Wakandy.

Film obejrzałem przy akompaniamencie całej gamy niesamowitych rozwiązań środowiskowych w sali ŠKODA 4DX® dzięki uprzejmości kina Cinema City Wroclavia (www.cinema-city.pl/kina/wroclavia).

7/10

 

Tytuł: Czarna Pantera
Tytuł oryginalny: Black Panther
Premiera: 13.02.2018
Reżyseria: Ryan Coogler
Scenariusz: Ryan Coogler, Joe Robert Cole
Zdjęcia: Rachel Morrison
Muzyka: Ludwig Göransson
Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Martin Freeman, Andy Serkis, Danai Gurira, Letitia Wright, Lupita Nyong’o, Angela Bassett, Daniel Kaluuya, Forest Whitaker, John Kani, Winston Duke