Tego, że Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi nie zachwyci mnie tak, jak Przebudzenie mocy, byłem niemal pewien. Po pierwsze: zniknął element zaskoczenia, ściśle powiązany z 10-letnią przerwą w obecności Gwiezdnych wojen na wielkim ekranie. Po drugie: pomiędzy premierami kolejnych epizodów właściwej sagi obejrzałem niestety niejakiego Jednego Łotra, który może i za jakiś czas zostanie sensownie wpleciony w całą fabularną układankę gwiezdnowojennej mitologii, ale jako samodzielne dzieło broni się średnio. Na epizod VIII wybrałem się jednak do kina bez uprzedzeń, z entuzjazmem przeciętnego pożeracza blockbusterów. Nie zawiodłem się filmem Riana Johnsona, ale jestem też świadom jego wcale nie tak nielicznych wad.

Sytuacja wygląda tak: wprowadzona do gry w Przebudzeniu mocy Rey odnajduje pozostającego w ukryciu od lat Luke’a Skywalkera (żaden spojler, to wiemy już z finałowej sceny poprzedniej części). Dziewczyna pragnie przekonać Mistrza Jedi do powrotu i wsparcia Ruchu Oporu w walce z Najwyższym Porządkiem, ale chce też dowiedzieć się czegoś o sobie i swej nowoprzebudzonej mocy (tak, tak, podtytuł epizodu VII był mało subtelny). W międzyczasie Rebelia dostaje od Ciemnej Strony solidny łomot na każdym froncie, a liczebność walczących „dla sprawy” spada w zastraszającym tempie. W międzyczasie Kylo Ren a.k.a. Ben Solo, który w Przebudzeniu mocy wzbudzał litość zamiast straszyć, odczuwa coraz większą presję ze strony Najwyższego Wodza Snoke’a, który zaczyna tracić cierpliwość do nieogarniętego ucznia. W tym wszystkim znajdzie się też miejsce dla Finna, który właściwie nie wiadomo jaką ma tu rolę, i Poe Damerona, który z roli legendarnego pilota powoli awansuje do miana jednego z dowódców zdziesiątkowanego Ruchu Oporu. Niezły bajzel, is it not?

Powyższy opis nie pokrywa nawet 70% fabuły Ostatniego Jedi, w filmie Johnsona dzieje się dużo i dynamicznie, a spora część akcji to doskonale znane z całej sagi interplanetarne 3P: pościgi, podstępy i pułapki. Najwyższy Porządek bawi się z Ruchem Oporu w kotka i myszkę, ale tym razem kotek jest wyjątkowo bezwzględny i skuteczny. Dużo czasu i uwagi poświęcone jest wątkowi rozwoju wiodących wojowników po obu stronach Mocy – Rey po jasnej, Kylo Rena po ciemnej, przez co siłą rzeczy na ekranie dochodzi do swoistych porównań dwójki bohaterów. Bez wątpienia jednak główną osią fabularną, łączącą mniejsze i większe wątki poświęcone poszczególnym postaciom, jest fatalna sytuacja Ruchu Oporu, którego kres wydaje się bliższy niż kiedykolwiek. Słowa „kres” i „koniec” są tu zresztą odmieniane przez wszystkie przypadki, a odbywa się to w atmosferze trudnego do zniesienia patosu. Mitologizacja bohaterstwa i swego rodzaju martyrologia od zawsze przynależała do świata Gwiezdnych wojen, ale wydaje się, że to właśnie w Ostatnim Jedi następuje kulminacja tego typu nastrojów, co zwłaszcza w zestawieniu z wplatanym tu często i nieco na siłę humorem wypada kuriozalnie.

Ostatni Jedi to jednak w swojej kategorii – widowiska będącego połączeniem space opery i kina nowej przygody – bardzo solidna pozycja. Mamy tu oczywiście odwieczną walkę dobra ze złem (czy też jasnej strony Mocy z ciemną), mamy liczne przypadki ratunku w ostatniej chwili, mamy ogromne poświęcenie, akty bohaterstwa i lojalności, ale i manifestację buntu i rozdarcia. Rian Johnson oprawia to w formę najwyższej próby – nakręcony przez niego przed kilkoma laty Looper już wówczas stanowił dowód realizacyjnego kunsztu reżysera, ale był filmem mało angażującym i szybko wypadającym z pamięci. Dziełu takiemu, jak Ostatni Jedi, zapomnienie nie grozi, a i fabularnie broni się dość przyzwoicie, wprowadzając nowe wątki, ciekawych bohaterów (świetna, choć niewielka rola Benicio Del Toro) i kilka solidnych twistów. Czy jednak tylko solidności i przyzwoitej jakości oczekujemy od takiego kulturowego fenomenu, jak Gwiezdne wojny? Można na Ostatnim Jedi dobrze się bawić, kibicować „tym dobrym” i zachwycać się pięknymi efektami specjalnymi (szczególnie bardzo konkretnym wybuchem i sekwencją finałową), ale o duchowe przeżycia będzie trudno. To wszystko już było, a film Riana Johnsona to nie odświeżenie formuły czy jej zrewolucjonizowanie, lecz co najwyżej sprawne i przyjemne w odbiorze powielenie.

Ostatni Jedi to półmetek kolejnej gwiezdnowojennej trylogii i kolejna odsłona Wielkiego Planu Disneya, zgodnie z którym co roku witać będziemy na ekranach film osadzony w uniwersum Jedi. W Przebudzeniu mocy zadziałał efekt świeżości, w Łotr 1 już go nie było, a błędne fabularne i obsadowe zaważyły o mało udanym efekcie końcowym. Ostatni Jedi pod względem jakości lokuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma tytułami, ale nie napawa optymizmem przed kolejnymi odsłonami serii.  Daisy Ridley i John Boyega, którzy tak udanie wkroczyli do świata Gwiezdnych wojen dwa lata temu, tym razem jakby zatracili ikrę i trudniej im zaangażować widza. Od ich dyspozycji w największym stopniu zależy przyszłość Galaktyki€¦ tfu, serii.

Tytuł: Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
Tytuł oryginalny: Star Wars: The Last Jedi
Premiera: 9.12.2017
Scenariusz i reżyseria: Rian Johnson
Zdjęcia: Steve Yedlin
Muzyka: John Williams
Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Mark Hamill, Adam Driver, Domhnall Gleeson, Oscar Isaac, Andy Serkis, Carrie Fisher, Benicio Del Toro, Kelly Marie Tran, Laura Dern, Lupita Nyong’o, Gwendoline Christie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *