Christopher Nolan to cholernie poważny człowiek. Poważnie podchodzi do realizacji swoich filmów, równie poważnie traktuje ich dystrybucję (to m.in. dlatego Tenet pojawiło się w kinach teraz, a nie pierwotnie w lipcu), ba! Poważny jest nawet w kwestii Netfliksa czy kompatybilności domowych telewizorów z jego wizją kina. Nic zatem dziwnego, że jego najnowszego dzieło to film, którego szkielet zbudowano na śmiertelnej powadze. Do tego stopnia, że, mimo audiowizualnej maestrii, Tenet natężeniem owej Nolanowskiej powagi odbiera jakąkolwiek frajdę, jaką widz mógłby mieć z obcowania z widowiskiem tego formatu.

Tenet

Bo że będzie to widowisko, wszyscy byli pewni – jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku (chyba tylko Diuna może pochwalić się równie potężnym hype’em) od dawna funkcjonował w wyobraźni widzów jako tajemniczy, ambitny blockbuster, do których zresztą Nolan zdążył nas w ostatnich latach przyzwyczaić. I rzeczywiście – ambicji Tenetowi odmówić nie sposób; Nolanowskie aspiracje czuć od pierwszych sekwencji i absolutnie oczywistym staje się, że znowu Brytyjczyk wielokrotnie przemyślał każdą sekundę swego dzieła, jak zwykle istotnie przekraczającego dwugodzinny metraż (nieco krótszym wyjątkiem w ostatnich latach była tylko Dunkierka). I w tych 150 minutach Nolan zawarł tyle narracyjnego bełkotu z jednej, a technicznej perfekcji z drugiej strony, iż zdezorientowanemu widzowi może wydawać się, że wcale nie obcował z filmem, jeno z maszyną, pozbawionym serca i emocji układem, który nie jest w stanie zaangażować widza w prezentowaną na ekranie historię. Bo choć realizacyjnie Tenetowi niczego nie brakuje, to narracyjnie nie sposób dostrzec w filmie Nolana element, który pomagałby widzowi w zidentyfikowaniu się z oglądanym dziełem.

Tenet

Tenet to gatunkowy amalgamat – mamy tu kino szpiegowskie, thriller i kino akcji, a wszystko to oparte jest na solidnej bazie science fiction. Solidnej jednak tylko pod względem odrealnienia idei wyjściowej, nie zaś solidnej w znaczeniu: uzasadnionej. O ile w przypadku Interstellar (moim skromnym zdaniem wciąż magnum opus Nolana) jedną z największych zalet dzieła była zgodność z naukowymi dogmatami, o tyle Tenet dużo luźniej traktuje fizyczne założenia leżące u podstaw fabuły i niejednokrotnie po prostu korzysta z naukowych niedorzeczności. Jak przekonuje emerytowany profesor fizyki teoretycznej Ron Mallett (uwaga, w zalinkowanym tekście znajdziecie lekkie spojlery), wiele z konceptów umieszczonych w filmie Nolana można uznać za zwykłą naukową bzdurę i podczas seansu te fabularne nieścisłości po prostu przeszkadzają. Z drugiej strony Tenet nie ułatwia widzowi podróży w żaden sposób – nie dość, że nagromadzenie abstrakcyjnych dla zwykłego śmiertelnika konceptów przyprawia o zawrót głowy, to jeszcze Nolan nie zdecydował się oswoić tematu poprzez warstwę dialogową, jak było to choćby w przypadku Incepcji, też przecież koncepcyjnie niełatwej, a jednak posługującej się prostszym, przystępniejszym językiem. Tenet decyduje się na pełne patosu, wymieniane z prędkością karabinu maszynowego dialogi – znamienna jest tu sekwencja, w której protagonista (John David Washington) zapoznaje się z naukowymi szczegółami swojej najnowszej misji. Nie dość, że jest w stanie nadążyć za wyjaśnieniami bezimiennej pani naukowiec, to jeszcze błyskawicznie jej ripostuje, nie przejmując się tym, czy widz wykaże się równie dobrą znajomością fizyki teoretycznej.

Tenet

Naukowe nieścisłości, utrudniające nadążenie za historią dialogi, wyprani z emocji bohaterowie – to wszystko sprawia, że Tenet traktuje się bardziej jak maszynę, a nie jak tekst kultury. Chyba jedynie postać kreowana przez Roberta Pattinsona dodaje najnowszemu dziełu Nolana bardziej ludzki pierwiastek, ale i to pozostaje niewystarczające, by w jakikolwiek sposób wczuć się w tę historię i zidentyfikować z nią choćby w najmniejszym stopniu. Jak można się domyślić, realizacyjnie nie można Tenetowi zarzucić absolutnie nic – może poza chaosem, który pojawia się w najbardziej dynamicznych sekwencjach akcji. Znajdziemy tu i sceny napadów niczym z Gorączki Michaela Manna, i pościgi jak z 60 sekund, wreszcie – wyginające mózg sekwencje przypominające te, które znamy z Incepcji. Paradoksalnie jednak techniczna maestria Tenet nie stanowi przeciwwagi dla fabularno-narracyjnego uczucia pustki (może spowodował to brak Jonathana Nolana, stałego scenariuszowego partnera Christophera?), lecz właśnie je potęguje – obserwujemy wszystkie te rozbuchane, widowiskowe sekwencje i nie czujemy nic poza poczuciem przytłoczenia, gdyż owe sekwencje dzieją się w świecie i wśród bohaterów, którzy niespecjalnie nas obchodzą.

Tenet

Z pewnością Christopherowi Nolanowi nie zależało na stworzeniu sympatycznych postaci, z którymi łatwo się zidentyfikować, choć przecież w Incepcji czy Interstellar mieliśmy bohaterów, których losami istotnie się przejmowaliśmy. Wydaje się, że Nolanowska wizja kina zaczyna mieć coraz mniej wspólnego ze sztuką opowiadania, a coraz częściej staje się poletkiem do wcielania w życie osobistych fascynacji reżysera, czego efektem są filmy widowiskowe, ale bezduszne. Każdy twórca ma do tego prawo, ale już wytwórniom i producentom zależy na docieraniu do widza, dlatego być może wkrótce ambitne blockbustery Nolana znowu będą musiały stać się bardziej „blockbusterowe” niż ambitne.

Ocena: 5/10

Tytuł: Tenet
Premiera: 26.08.2020
Scenariusz i reżyseria: Christopher Nolan
Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema
Muzyka: Ludwig Göransson
Obsada: John David Washington, Robert Pattinson, Elizabeth Debicki, Kenneth Branagh, Aaron Taylor-Johnson, Dimple Kapadia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *